Gra pozorów: Wojna na Ukrainie jako narzędzie polityczne Zachodu

Gdy władzę w Białym Domu objął Donald Trump, a u jego boku pojawili się surowi w ocenie ukraińskiej polityki Elon Musk i J.D. Vance, obserwujemy pewną licytację postaw po stronie polityków europejskich. W sferze deklaracji Europa chce się zbroić, usamodzielniać i obronić Ukrainę przed Władimirem Putinem. Praktyka jak zawsze nie nadąża. Ten tekst nie będzie głosem w dyskusji o tym, jak najlepiej i najskuteczniej pomagać naszym sąsiadom. Ma natomiast pokazać historię hipokryzji w świecie polityki, w którym „antyrosyjskość” i „proukraińskość” są pałkami do okładania przeciwników. Funkcjami „antypisizmu” na użytek krajowy i „antytrumpizmu” w debacie międzynarodowej.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski i prezydent USA Donald Trump
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski i prezydent USA Donald Trump / screen YT - The White House

Europejskie elity przedstawiające się jako adwokaci i obrońcy Ukrainy prezentują fałszywy obraz świata i jeszcze bardziej fałszywą dychotomię, w której mamy ich, czyli tych dobrych przedstawicieli „starej Europy” wraz z poprzednią administracją USA i koncesjonowanymi przez nie elitami dawnych państw postkomunistycznych. Po drugiej stronie na piekielnym tronie siedzi Władimir Putin, wokół którego pląsają diabły pomniejsze – Donald Trump i jego współpracownicy, polska, nie tak dawno z nadzieją witająca powrót Trumpa prawica, francuscy narodowcy, Niemcy z AfD, Victor Orban, kilkoro innych prezydentów i premierów. Słowem – wielki tłum, którego nie powinno się wpuszczać na wieczny bankiet światowej polityki. Tylko czy na pewno chodzi w tym wszystkim o zbrodnie Putina i dramat Ukraińców?

 

Reset i handel

Liberalne elity nienawidzą przywódców nieliberalnych. Czy znaczy to, że ci nie popełniają błędów? Nie. Polityka USA wobec Ukrainy wydaje się chimeryczna i nie zawsze zrozumiała. Trudno też za nią nadążyć, dlatego nie zamierzam zajmować się nią jako taką. Jednak obecna sytuacja generuje inny problem. Posłużmy się najbliższym nam przykładem polskim. Do roku 2014, czyli pierwszej napaści Rosji na Ukrainę, polityka obu naszych sąsiadów była dość zgodna. Niemcy wyznawali wygodną zasadę „Wandel durch Handel” („Zmiana przez handel”) pozwalającą ich firmom inwestować w Rosji, a Rosjanom uzależniać Berlin od tanich surowców energetycznych. Na to ostatnie nakładały się jeszcze własne (choć w dużym stopniu indukowane) ekologiczne i antyatomowe obsesje sprzyjające zwiększaniu dawek rosyjskiego gazu, choćby za pomocą gazociągu Nord Stream. Polityki Niemiec nie zmieniła w żaden sposób rosyjska agresja w Gruzji: Berlin nie wprowadził żadnych sankcji, media szukały winy po obu stronach konfliktu, relacje gospodarcze z Tbilisi uległy ochłodzeniu, z Rosją – wręcz przeciwnie. Dlatego też rząd Angeli Merkel kibicował polityce resetu prowadzonej przez ludzi Donalda Tuska.

Przypomnijmy, że w latach 2007–2014 doszło do zacieśnienia współpracy wojskowej z Rosją, faktycznego odsłonięcia się polskich służb przed rosyjskimi partnerami, porzucenia projektu amerykańskiej tarczy antyrakietowej czy pełnego podporządkowania Moskwie śledztwa w sprawie Smoleńska. Poza obrazami związanymi z tym dramatem wizualnymi symbolami tamtego czasu pozostaną Tusk z Putinem na molo w Sopocie, Ławrow jako gość honorowy narady polskich ambasadorów czy pokazane w serialu Michała Rachonia i Sławomira Cenckiewicza ujęcia libacji polskich i postsowieckich służb czy wspólne wyjście na papierosa szefów polskiej i rosyjskiej dyplomacji. Prezydent Lech Kaczyński za swoje zaangażowanie w sprawy Gruzji był powszechnie wyśmiewany, choć dziś jego ówcześni krytycy bardzo lubią powoływać się na jego wystąpienie w Tbilisi. 

 

Sponsorzy wojny

Pozornie mogłoby wydawać się, że pierwsza odsłona napaści na Ukrainę, która była w roku 2014, gruntownie zmieniła politykę i polskiego rządu, i Zachodu. Zmiana ta jednak dotyczyła głównie narracji, interesy robiono dalej. Tuż przed wyborami w Niemczech ukazała się książka Ulricha Thiele i Steffena Dobberta „Jak Niemcy płacą za wojnę Putina” zawierająca wiele zarzutów wobec niemieckich polityków. Poza wspomnianym już całkowitym zignorowaniem rosyjskiego zagrożenia Thiele i Dobbert oskarżają ich o przekazywanie Gazpromowi tajemnic wojskowych NATO, współudział w tworzeniu przez ten koncern siatki wpływów w niemieckich landach poprzez warte miliony euro inwestycje i dotacje. Wyliczają również, że pieniądze przeznaczane przez ich kraj na zakup gazu pozwalały finansować do 2022 roku 1/3 kosztów działań wojennych na Ukrainie.

W Polsce narracja zmieniła się w tych latach dużo bardziej, jednak rządzący byli w tej sprawie niekonsekwentni. Gdy w 2014 roku o sprzedaż broni Ukrainie zapytano Ewę Kopacz, ta zapisała się w historii pamiętną odpowiedzią: „Wie Pan, jestem kobietą. Ja sobie wyobrażam, co bym zrobiła, gdyby na ulicy pokazał się człowiek wymachujący ostrym narzędziem albo trzymający w ręku pistolet. Pierwsza moja myśl – «Tam za moimi plecami są mój dom i moje dzieci». Więc wpadam do domu, zamykam się i opiekuję się moimi dziećmi”. Kilka miesięcy wcześniej, gdy w Warszawie przebywał premier Viktor Orbán, Donald Tusk miał w sobie bardzo wiele zrozumienia dla oparcia o współpracę z Rosjanami gospodarki węgierskiej. „Bardzo otwarcie powiedziałem premierowi Orbánowi, że Polska nie widzi żadnego problemu we współpracy energetycznej dot. rozbudowy elektrowni atomowej przy pomocy rosyjskiej na Węgrzech. Mamy do tego neutralny stosunek i rozumiemy, że każde z naszych państw ma pewne potrzeby. […]

To nie jest komfortowa sytuacja w dzisiejszym kontekście, ale przecież też jesteśmy importerami na dużą skalę gazu rosyjskiego. Też współpracujemy energetycznie z Rosją. Samo w sobie to nie jest grzechem” – mówił wówczas Tusk, co wypominano mu, gdy po latach dużo surowiej oceniał współpracę rosyjsko-węgierską. Choć, nie oszukujmy się, głównym powodem tej krytyki były dobre relacje rządu PiS z gabinetem Orbána. Antyrosyjskość stała się już wówczas najbardziej popularną techniką sygnalizowania cnoty. Nim to się jednak stało, w tym samym 2014 roku w swoich materiałach wyborczych PSL straszyło Polaków grzybem atomowym podpisanym słowami „PiS = wojna”. Wojna z Rosją oczywiście.

 

Bez przebudzenia

W czasach swych rządów PiS było w dużym stopniu osamotnione w polityce europejskiej, zwłaszcza gdy stało się oczywiste, że znikają z niej brytyjscy koalicjanci z EKR. Rozpoczęto więc budowanie kontaktów z innymi siłami tożsamościowej prawicy, takimi jak Marine Le Pen czy Matteo Salvini, kontynuowano też zażyłe relacje z Orbánem. Równocześnie na znaczeniu zyskiwały inne partie tworzące frakcję Konserwatystów i Reformatorów, w tym Bracia Włosi Giorgii Meloni. PiS bardzo wiele czasu poświęciło na uświadamianie tym siłom polskiego punktu widzenia dotyczącego Rosji, co na pewno wpłynęło na ich nastawienie, zwłaszcza po kolejnej inwazji na Ukrainę.

Tymczasem to właśnie relacje z tymi partiami stały się pretekstem do budowania narracji o prorosyjskości PiS. Przy okazji prowadziły też do absurdów: gdy Salvini pojawił się w Chełmie, by wesprzeć ukraińskich uciekinierów, prezydent tego miasta, mający na koncie bardzo ładną kartę pomocy, zamiast przyjąć godnie włoskiego gościa i docenić zmianę jego nastawienia, wypomniał mu dawniejsze sympatyzowanie z Putinem. Budując tę narrację, całkowicie pomijano realną prorosyjskość lub w lepszym razie naiwność europejskiego mainstreamu, taką jak opisane wyżej niemieckie kontakty gospodarcze czy pamiętne rozmowy telefoniczne Macron – Putin. Prorosyjskość, która świetnie miała się w pierwszych dniach wojny, gdy niemieckie władze spokojnie czekały na upadek Ukrainy i negocjacje z nowym autoryzowanym już przez Moskwę rządem, co ujawnił później były ambasador Ukrainy w Berlinie. I która w sferze gospodarczej dziwnym trafem i dziś trzyma się nieźle, co widać po ilości sprowadzanych paliw i ledwo skrywanej niecierpliwości, by wrócić do dobrych relacji gospodarczych z ludźmi Putina. Jak za agencją AFP doniósł niedawno portal wPolityce.pl, w latach 2023–2024 import rosyjskiego gazu skroplonego (LNG) do Francji wzrósł o 81 proc. i kosztował 2,68 mld euro. Duża część tego paliwa dzięki francuskiej infrastrukturze trafiała do Niemiec. Zmianę nastawienia Niemców, przynajmniej w sferze werbalnej, wymusiły mocne komunikaty premiera Mateusza Morawieckiego wygłaszane podczas wizyty w Berlinie. 

 

Dobrzy i źli

Na podstawie przekazów medialnych można odnieść wrażenie, że postawa Joe Bidena wobec Ukrainy była wzorcowa. Niestety jest do spore uproszczenie. Tuż przed inwazją padły przecież pamiętne słowa o „małej” i „dużej” inwazji, na które reakcja będzie różna. Później USA dostarczały Ukrainie pomoc, jednak bardzo długo pilnowały, żeby była ona wystarczająca, by trwać w walce, a nie ją wygrać. Widać było to choćby w bardzo długim braku zgody na atakowanie celów wewnątrz Rosji. W tym samym czasie Trumpowi zdarzały się bardzo mocne wypowiedzi na temat możliwej pomocy Ukrainie, ostatecznie też to Trump, po wizycie Andrzeja Dudy, odblokował środki na wsparcie tego kraju, które utknęły przez brak zdecydowania republikańskiej większości w senacie USA. Rola Donalda Trumpa nigdy nie była więc tak jednoznaczna, jak chcą jego przeciwnicy.

Tymczasem pierwsze posunięcia nowej administracji dotyczące Ukrainy stały się przedmiotem wielkiego ataku na polską prawicę, a dla niektórych ostatecznym dowodem na jej wieczne i trwałe związki z Rosją. Pamiętajmy przy tym, że od pierwszych dni tej odsłony wojny trwało medialne umniejszanie znaczenia wszelkich polskich działań, takich jak wsparcie dla uchodźców (tu całą zasługę przypisywano samorządom i obywatelom, celowo pomijając zaangażowanie organów państwa) czy wizyty polskich polityków w Kijowie. Te ostatnie bywały wręcz przedstawiane jako próby pogorszenia sytuacji Ukraińców lub też – w zgodzie z moskiewską narracją – elementem przygotowania naszego kraju do udziału w rozbiorach Ukrainy. Takie wygodne dla Kremla i skłócające Polskę z walczącym sąsiadem dezinformacje kolportował między innymi obecny szef dyplomacji Radosław Sikorski, co potem było częściowo łagodzone, jednak wraca również dziś w spolaryzowanej debacie publicznej. 

 

Szantaż moralny

Pora na podsumowanie. Postawa państw Zachodu wobec Rosji przez lata była skrajnie naiwna i skoncentrowana na robieniu z reżimem Putina dobrych (jak się później okazało, często lepszych dla niego niż dla nich) interesów. Dodatkowe koszty tej polityki ponosiły państwa trzecie, padające ofiarą już nie tylko gospodarczego, ale też politycznego, a nierzadko militarnego imperializmu Kremla. Ofiarą tej polityki okazała się najpierw Gruzja, a później Ukraina. Co więcej, wiele wskazuje na to, że nawet dziś pomoc dla tej ostatniej dawkowana jest na tyle ostrożnie, by możliwy był powrót do starych interesów. A te, choć czasem maskowane, wciąż znajdują swoją formę przetrwalnikową. Polska pod rządami liberałów podporządkowywała się tej polityce, zarówno w relacjach z Rosją, jak i państwami padającymi ofiarą jej agresji.

Gdy antyrosyjskość i wsparcie dla Ukrainy stały się atrakcyjne wizerunkowo, politycy i media własne winy przypisały tym, którzy przez lata ostrzegali przed Putinem i jego złowrogimi aspiracjami. Media, które jeszcze kilka dni przed inwazją ukazywały prezydenta Rosji jako symbol męskości i siły, oskarżyły o sprzyjanie mu polityków zwalczanych przez niego i krytykujących go na wszelkich możliwych forach. Po zmianie na Kapitolu podobny zabieg zastosowano wobec niemiłej liberalnym elitom administracji amerykańskiej, która sprzecznymi komunikatami dodatkowo ułatwiła to zadanie.

Choć w kwestii wsparcia Ukrainy, zarówno w wymiarze sprzętowym, jak i humanitarnym, panował w naszym kraju konsensus, specjaliści od tworzenia podziałów i tu postanowili wykreować sztuczny spór. Swoim przeciwnikom politycznym przypisali – i przypisują nadal – sympatię do moskiewskiego zbrodniarza, nie licząc się zupełnie z tym, że w ten sposób szkodzą społecznemu odbiorowi tak ważnej dla nich kwestii ukraińskiej. Pokazuje to wyraźnie, że i ona podporządkowana jest bieżącej polityce i towarzyszącej jej medialnej wojnie. Ukraina stała się zakładnikiem światowej centrolewicy. Gdy tylko przestanie jej być potrzebna, gaz popłynie znowu z Moskwy do Berlina.


 

POLECANE
Niemiecka rafineria bije na alarm. Sankcje na Rosnieft zagrażają dostawom paliwa pilne
Niemiecka rafineria bije na alarm. Sankcje na Rosnieft zagrażają dostawom paliwa

90 procent paliwa dla Berlina pochodzi z jednego zakładu. Teraz jego kierownictwo ostrzega: amerykańskie sankcje mogą sparaliżować dostawy i uderzyć w cały region.

Wagnerowcy w Bułgarii? Alarm ws. bazy pod Sofią Wiadomości
Wagnerowcy w Bułgarii? Alarm ws. bazy pod Sofią

Uzbrojeni ludzie w rosyjskich mundurach, flaga Federacji Rosyjskiej i silnie strzeżony obiekt w górach nieopodal Sofii. Bułgarskie stowarzyszenie obywatelskie alarmuje: na terytorium państwa NATO może działać baza objętej sankcjami Grupy Wagnera.

Imperium kontratakuje. Nowa afrykańska polityka Trumpa zagraża wpływom Rosji tylko u nas
Imperium kontratakuje. Nowa afrykańska polityka Trumpa zagraża wpływom Rosji

Stany Zjednoczone wracają do gry w Afryce i robią to na twardych zasadach. Administracja Donalda Trumpa stawia na bezpieczeństwo i dostęp do surowców, porzucając dotychczasową politykę wartości. To ruch, który może osłabić rosyjskie wpływy w Sahelu i zmienić układ sił na całym kontynencie.

Miażdżąca krytyka na wysłuchaniu publicznym ws. tzw. ustawy praworządnościowej w Sejmie pilne
Miażdżąca krytyka na wysłuchaniu publicznym ws. tzw. ustawy praworządnościowej w Sejmie

Wtorkowe wysłuchanie publiczne projektu ustawy praworządnościowej pokazało prawdziwe oblicze rządowych eksperymentów z sądownictwem. Zamiast reformy – chaos, zamiast ochrony obywatela – polityczne kalkulacje. Projekt Żurka spotkał się z ostrą krytyką zarówno ze strony ekspertów, jak i środowiska prawniczego.

Dziś setne urodziny Gdyni. IPN otworzył wystawę pt. „Gdynia wczoraj i dziś. Kadry z historii miasta i portu z perspektywy 100-lecia” Wiadomości
Dziś setne urodziny Gdyni. IPN otworzył wystawę pt. „Gdynia wczoraj i dziś. Kadry z historii miasta i portu z perspektywy 100-lecia”

10 lutego 2026 r. w Gdyni otwarto wystawę pt. „Gdynia wczoraj i dziś. Kadry z historii miasta i portu z perspektywy 100-lecia”. W wydarzeniu wziął udział prezes Fundacji Promocji Solidarności Michał Ossowski.

Dziwne zachowanie Czarzastego. Przytulę się do pana... pilne
Dziwne zachowanie Czarzastego. "Przytulę się do pana..."

Zamiast odpowiedzi - spoufalanie i uniki. Gdy dziennikarz TV Republika zapytał Włodzimierza Czarzastego o niewypełnioną ankietę bezpieczeństwa, marszałek Sejmu zareagował w sposób, który wzbudził spore zdziwienie.

Szokujące relacje ks. Olszewskiego. Proces Funduszu Sprawiedliwości pilne
Szokujące relacje ks. Olszewskiego. Proces Funduszu Sprawiedliwości

Po raz pierwszy od początku procesu oskarżeni mogli swobodnie przemówić przed sądem. Podczas trzeciej rozprawy ks. Michał Olszewski opisał, jak był traktowany w trakcie postępowania prowadzonego przez prokuraturę.

Awantura w Sejmie. Żukowska porównała „Burego” do Putina z ostatniej chwili
Awantura w Sejmie. Żukowska porównała „Burego” do Putina

Emocjonalne wystąpienie, ostre oskarżenia i porównanie żołnierza polskiego podziemia niepodległościowego do rosyjskiego dyktatora. Sejmowa debata nad projektem Lewicy zamieniła się w polityczny skandal z Anną Żukowską w roli głównej.

Niezwykłe zjawisko na Bałtyku. Woda cofnęła się jak nigdy wcześniej Wiadomości
Niezwykłe zjawisko na Bałtyku. Woda cofnęła się jak nigdy wcześniej

Ponad 67 centymetrów poniżej normy – tak niski poziom Bałtyku zarejestrowano po raz pierwszy od rozpoczęcia pomiarów. Główną przyczyną tej sytuacji są długotrwałe i wyjątkowo silne wiatry ze wschodu, które dosłownie "wypchnęły" wodę z basenu Morza Bałtyckiego. Rekordowy odpływ wody uderza w żeglugę i rybołówstwo, ale według naukowców może przynieść pozytywne skutki dla morskiej przyrody.

Brutalne zabójstwo Mai z Mławy. Nowe informacje ws. podejrzanego z ostatniej chwili
Brutalne zabójstwo Mai z Mławy. Nowe informacje ws. podejrzanego

Do sądu trafi wniosek o skierowanie na obserwację psychiatryczną podejrzanego o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem 16-letniej Mai K. z Mławy. Takie zalecenie wydali biegli po jednorazowym badaniu 18-letniego Bartosza G. - dowiedziała się we wtorek PAP w Prokuraturze Okręgowej w Płocku.

REKLAMA

Gra pozorów: Wojna na Ukrainie jako narzędzie polityczne Zachodu

Gdy władzę w Białym Domu objął Donald Trump, a u jego boku pojawili się surowi w ocenie ukraińskiej polityki Elon Musk i J.D. Vance, obserwujemy pewną licytację postaw po stronie polityków europejskich. W sferze deklaracji Europa chce się zbroić, usamodzielniać i obronić Ukrainę przed Władimirem Putinem. Praktyka jak zawsze nie nadąża. Ten tekst nie będzie głosem w dyskusji o tym, jak najlepiej i najskuteczniej pomagać naszym sąsiadom. Ma natomiast pokazać historię hipokryzji w świecie polityki, w którym „antyrosyjskość” i „proukraińskość” są pałkami do okładania przeciwników. Funkcjami „antypisizmu” na użytek krajowy i „antytrumpizmu” w debacie międzynarodowej.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski i prezydent USA Donald Trump
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski i prezydent USA Donald Trump / screen YT - The White House

Europejskie elity przedstawiające się jako adwokaci i obrońcy Ukrainy prezentują fałszywy obraz świata i jeszcze bardziej fałszywą dychotomię, w której mamy ich, czyli tych dobrych przedstawicieli „starej Europy” wraz z poprzednią administracją USA i koncesjonowanymi przez nie elitami dawnych państw postkomunistycznych. Po drugiej stronie na piekielnym tronie siedzi Władimir Putin, wokół którego pląsają diabły pomniejsze – Donald Trump i jego współpracownicy, polska, nie tak dawno z nadzieją witająca powrót Trumpa prawica, francuscy narodowcy, Niemcy z AfD, Victor Orban, kilkoro innych prezydentów i premierów. Słowem – wielki tłum, którego nie powinno się wpuszczać na wieczny bankiet światowej polityki. Tylko czy na pewno chodzi w tym wszystkim o zbrodnie Putina i dramat Ukraińców?

 

Reset i handel

Liberalne elity nienawidzą przywódców nieliberalnych. Czy znaczy to, że ci nie popełniają błędów? Nie. Polityka USA wobec Ukrainy wydaje się chimeryczna i nie zawsze zrozumiała. Trudno też za nią nadążyć, dlatego nie zamierzam zajmować się nią jako taką. Jednak obecna sytuacja generuje inny problem. Posłużmy się najbliższym nam przykładem polskim. Do roku 2014, czyli pierwszej napaści Rosji na Ukrainę, polityka obu naszych sąsiadów była dość zgodna. Niemcy wyznawali wygodną zasadę „Wandel durch Handel” („Zmiana przez handel”) pozwalającą ich firmom inwestować w Rosji, a Rosjanom uzależniać Berlin od tanich surowców energetycznych. Na to ostatnie nakładały się jeszcze własne (choć w dużym stopniu indukowane) ekologiczne i antyatomowe obsesje sprzyjające zwiększaniu dawek rosyjskiego gazu, choćby za pomocą gazociągu Nord Stream. Polityki Niemiec nie zmieniła w żaden sposób rosyjska agresja w Gruzji: Berlin nie wprowadził żadnych sankcji, media szukały winy po obu stronach konfliktu, relacje gospodarcze z Tbilisi uległy ochłodzeniu, z Rosją – wręcz przeciwnie. Dlatego też rząd Angeli Merkel kibicował polityce resetu prowadzonej przez ludzi Donalda Tuska.

Przypomnijmy, że w latach 2007–2014 doszło do zacieśnienia współpracy wojskowej z Rosją, faktycznego odsłonięcia się polskich służb przed rosyjskimi partnerami, porzucenia projektu amerykańskiej tarczy antyrakietowej czy pełnego podporządkowania Moskwie śledztwa w sprawie Smoleńska. Poza obrazami związanymi z tym dramatem wizualnymi symbolami tamtego czasu pozostaną Tusk z Putinem na molo w Sopocie, Ławrow jako gość honorowy narady polskich ambasadorów czy pokazane w serialu Michała Rachonia i Sławomira Cenckiewicza ujęcia libacji polskich i postsowieckich służb czy wspólne wyjście na papierosa szefów polskiej i rosyjskiej dyplomacji. Prezydent Lech Kaczyński za swoje zaangażowanie w sprawy Gruzji był powszechnie wyśmiewany, choć dziś jego ówcześni krytycy bardzo lubią powoływać się na jego wystąpienie w Tbilisi. 

 

Sponsorzy wojny

Pozornie mogłoby wydawać się, że pierwsza odsłona napaści na Ukrainę, która była w roku 2014, gruntownie zmieniła politykę i polskiego rządu, i Zachodu. Zmiana ta jednak dotyczyła głównie narracji, interesy robiono dalej. Tuż przed wyborami w Niemczech ukazała się książka Ulricha Thiele i Steffena Dobberta „Jak Niemcy płacą za wojnę Putina” zawierająca wiele zarzutów wobec niemieckich polityków. Poza wspomnianym już całkowitym zignorowaniem rosyjskiego zagrożenia Thiele i Dobbert oskarżają ich o przekazywanie Gazpromowi tajemnic wojskowych NATO, współudział w tworzeniu przez ten koncern siatki wpływów w niemieckich landach poprzez warte miliony euro inwestycje i dotacje. Wyliczają również, że pieniądze przeznaczane przez ich kraj na zakup gazu pozwalały finansować do 2022 roku 1/3 kosztów działań wojennych na Ukrainie.

W Polsce narracja zmieniła się w tych latach dużo bardziej, jednak rządzący byli w tej sprawie niekonsekwentni. Gdy w 2014 roku o sprzedaż broni Ukrainie zapytano Ewę Kopacz, ta zapisała się w historii pamiętną odpowiedzią: „Wie Pan, jestem kobietą. Ja sobie wyobrażam, co bym zrobiła, gdyby na ulicy pokazał się człowiek wymachujący ostrym narzędziem albo trzymający w ręku pistolet. Pierwsza moja myśl – «Tam za moimi plecami są mój dom i moje dzieci». Więc wpadam do domu, zamykam się i opiekuję się moimi dziećmi”. Kilka miesięcy wcześniej, gdy w Warszawie przebywał premier Viktor Orbán, Donald Tusk miał w sobie bardzo wiele zrozumienia dla oparcia o współpracę z Rosjanami gospodarki węgierskiej. „Bardzo otwarcie powiedziałem premierowi Orbánowi, że Polska nie widzi żadnego problemu we współpracy energetycznej dot. rozbudowy elektrowni atomowej przy pomocy rosyjskiej na Węgrzech. Mamy do tego neutralny stosunek i rozumiemy, że każde z naszych państw ma pewne potrzeby. […]

To nie jest komfortowa sytuacja w dzisiejszym kontekście, ale przecież też jesteśmy importerami na dużą skalę gazu rosyjskiego. Też współpracujemy energetycznie z Rosją. Samo w sobie to nie jest grzechem” – mówił wówczas Tusk, co wypominano mu, gdy po latach dużo surowiej oceniał współpracę rosyjsko-węgierską. Choć, nie oszukujmy się, głównym powodem tej krytyki były dobre relacje rządu PiS z gabinetem Orbána. Antyrosyjskość stała się już wówczas najbardziej popularną techniką sygnalizowania cnoty. Nim to się jednak stało, w tym samym 2014 roku w swoich materiałach wyborczych PSL straszyło Polaków grzybem atomowym podpisanym słowami „PiS = wojna”. Wojna z Rosją oczywiście.

 

Bez przebudzenia

W czasach swych rządów PiS było w dużym stopniu osamotnione w polityce europejskiej, zwłaszcza gdy stało się oczywiste, że znikają z niej brytyjscy koalicjanci z EKR. Rozpoczęto więc budowanie kontaktów z innymi siłami tożsamościowej prawicy, takimi jak Marine Le Pen czy Matteo Salvini, kontynuowano też zażyłe relacje z Orbánem. Równocześnie na znaczeniu zyskiwały inne partie tworzące frakcję Konserwatystów i Reformatorów, w tym Bracia Włosi Giorgii Meloni. PiS bardzo wiele czasu poświęciło na uświadamianie tym siłom polskiego punktu widzenia dotyczącego Rosji, co na pewno wpłynęło na ich nastawienie, zwłaszcza po kolejnej inwazji na Ukrainę.

Tymczasem to właśnie relacje z tymi partiami stały się pretekstem do budowania narracji o prorosyjskości PiS. Przy okazji prowadziły też do absurdów: gdy Salvini pojawił się w Chełmie, by wesprzeć ukraińskich uciekinierów, prezydent tego miasta, mający na koncie bardzo ładną kartę pomocy, zamiast przyjąć godnie włoskiego gościa i docenić zmianę jego nastawienia, wypomniał mu dawniejsze sympatyzowanie z Putinem. Budując tę narrację, całkowicie pomijano realną prorosyjskość lub w lepszym razie naiwność europejskiego mainstreamu, taką jak opisane wyżej niemieckie kontakty gospodarcze czy pamiętne rozmowy telefoniczne Macron – Putin. Prorosyjskość, która świetnie miała się w pierwszych dniach wojny, gdy niemieckie władze spokojnie czekały na upadek Ukrainy i negocjacje z nowym autoryzowanym już przez Moskwę rządem, co ujawnił później były ambasador Ukrainy w Berlinie. I która w sferze gospodarczej dziwnym trafem i dziś trzyma się nieźle, co widać po ilości sprowadzanych paliw i ledwo skrywanej niecierpliwości, by wrócić do dobrych relacji gospodarczych z ludźmi Putina. Jak za agencją AFP doniósł niedawno portal wPolityce.pl, w latach 2023–2024 import rosyjskiego gazu skroplonego (LNG) do Francji wzrósł o 81 proc. i kosztował 2,68 mld euro. Duża część tego paliwa dzięki francuskiej infrastrukturze trafiała do Niemiec. Zmianę nastawienia Niemców, przynajmniej w sferze werbalnej, wymusiły mocne komunikaty premiera Mateusza Morawieckiego wygłaszane podczas wizyty w Berlinie. 

 

Dobrzy i źli

Na podstawie przekazów medialnych można odnieść wrażenie, że postawa Joe Bidena wobec Ukrainy była wzorcowa. Niestety jest do spore uproszczenie. Tuż przed inwazją padły przecież pamiętne słowa o „małej” i „dużej” inwazji, na które reakcja będzie różna. Później USA dostarczały Ukrainie pomoc, jednak bardzo długo pilnowały, żeby była ona wystarczająca, by trwać w walce, a nie ją wygrać. Widać było to choćby w bardzo długim braku zgody na atakowanie celów wewnątrz Rosji. W tym samym czasie Trumpowi zdarzały się bardzo mocne wypowiedzi na temat możliwej pomocy Ukrainie, ostatecznie też to Trump, po wizycie Andrzeja Dudy, odblokował środki na wsparcie tego kraju, które utknęły przez brak zdecydowania republikańskiej większości w senacie USA. Rola Donalda Trumpa nigdy nie była więc tak jednoznaczna, jak chcą jego przeciwnicy.

Tymczasem pierwsze posunięcia nowej administracji dotyczące Ukrainy stały się przedmiotem wielkiego ataku na polską prawicę, a dla niektórych ostatecznym dowodem na jej wieczne i trwałe związki z Rosją. Pamiętajmy przy tym, że od pierwszych dni tej odsłony wojny trwało medialne umniejszanie znaczenia wszelkich polskich działań, takich jak wsparcie dla uchodźców (tu całą zasługę przypisywano samorządom i obywatelom, celowo pomijając zaangażowanie organów państwa) czy wizyty polskich polityków w Kijowie. Te ostatnie bywały wręcz przedstawiane jako próby pogorszenia sytuacji Ukraińców lub też – w zgodzie z moskiewską narracją – elementem przygotowania naszego kraju do udziału w rozbiorach Ukrainy. Takie wygodne dla Kremla i skłócające Polskę z walczącym sąsiadem dezinformacje kolportował między innymi obecny szef dyplomacji Radosław Sikorski, co potem było częściowo łagodzone, jednak wraca również dziś w spolaryzowanej debacie publicznej. 

 

Szantaż moralny

Pora na podsumowanie. Postawa państw Zachodu wobec Rosji przez lata była skrajnie naiwna i skoncentrowana na robieniu z reżimem Putina dobrych (jak się później okazało, często lepszych dla niego niż dla nich) interesów. Dodatkowe koszty tej polityki ponosiły państwa trzecie, padające ofiarą już nie tylko gospodarczego, ale też politycznego, a nierzadko militarnego imperializmu Kremla. Ofiarą tej polityki okazała się najpierw Gruzja, a później Ukraina. Co więcej, wiele wskazuje na to, że nawet dziś pomoc dla tej ostatniej dawkowana jest na tyle ostrożnie, by możliwy był powrót do starych interesów. A te, choć czasem maskowane, wciąż znajdują swoją formę przetrwalnikową. Polska pod rządami liberałów podporządkowywała się tej polityce, zarówno w relacjach z Rosją, jak i państwami padającymi ofiarą jej agresji.

Gdy antyrosyjskość i wsparcie dla Ukrainy stały się atrakcyjne wizerunkowo, politycy i media własne winy przypisały tym, którzy przez lata ostrzegali przed Putinem i jego złowrogimi aspiracjami. Media, które jeszcze kilka dni przed inwazją ukazywały prezydenta Rosji jako symbol męskości i siły, oskarżyły o sprzyjanie mu polityków zwalczanych przez niego i krytykujących go na wszelkich możliwych forach. Po zmianie na Kapitolu podobny zabieg zastosowano wobec niemiłej liberalnym elitom administracji amerykańskiej, która sprzecznymi komunikatami dodatkowo ułatwiła to zadanie.

Choć w kwestii wsparcia Ukrainy, zarówno w wymiarze sprzętowym, jak i humanitarnym, panował w naszym kraju konsensus, specjaliści od tworzenia podziałów i tu postanowili wykreować sztuczny spór. Swoim przeciwnikom politycznym przypisali – i przypisują nadal – sympatię do moskiewskiego zbrodniarza, nie licząc się zupełnie z tym, że w ten sposób szkodzą społecznemu odbiorowi tak ważnej dla nich kwestii ukraińskiej. Pokazuje to wyraźnie, że i ona podporządkowana jest bieżącej polityce i towarzyszącej jej medialnej wojnie. Ukraina stała się zakładnikiem światowej centrolewicy. Gdy tylko przestanie jej być potrzebna, gaz popłynie znowu z Moskwy do Berlina.



 

Polecane