Czy "Chopin, Chopin!" to słaby film?

Reakcje krytyki na film Michała Kwiecińskiego "Chopin, Chopin!" wyglądają na dość zgodne i niezbyt dla obrazu korzystne. Co gorsza, z góry chętnie podchwytywane są przez część komentatorów, na których niekoniecznie dobre wrażenie robi wydana na film kwota 64 milionów złotych sprawiająca, że mamy do czynienia z najdroższą polską produkcją ostatnich lat. Czy jednak rzeczywiście pieniądze zostały zmarnowane?
Eryk Kulm w roli Fryderyka Chopina
Eryk Kulm w roli Fryderyka Chopina / Kadr ze zwiastunu filmu "Chopin, Chopin!"

Co musisz wiedzieć:

  • Na ekrany kin wchodzi właśnie film "Chopin, Chopin!" w reżyserii Michała Kwiecińskiego.
  • Budżet filmu jest imponujący (raz podaje się 64, innym razem - 72 miliony złotych). Jednak rozmach produkcyjny uzasadnia tak duże wydatki.
  • Pomimo zasłużonych nagród na Festiwalu w Gdyni za kostiumy i scenografię, film spotkał się ze sporą dozą krytyki.
  • Jednym z najpoważniejszych zarzutów była fragmentaryczność akcji i linii narracyjnej.

 

Na bogato

Tak, budżet filmu robi wrażenie, zwłaszcza że niektóre źródła podają jeszcze wyższą kwotę – 72 miliony. W połączeniu z kwękaniem pierwszych recenzentów reakcja jest dość przewidywalna, jesteśmy przecież przyzwyczajeni do wyrzucania potężnych sum w błoto. Również w kulturze. Tym bardziej że jesteśmy przecież po całkiem świeżej awanturze o podział środków z Krajowego Planu Odbudowy w tym sektorze, gdzie nie zabrakło dotacji kontrowersyjnych i zastanawiających.

Trzeba jednak uspokoić czytelników: to jednak nie ten przypadek.

Oglądając film, miałem poczucie, że środki te zostały dobrze wydane. Zdjęcia, kręcone w Polsce, we Francji i w Hiszpanii, kilkuset aktorów i kilka tysięcy statystów – to swoje musiało kosztować.

Stroje, lokacje, stworzenie klimatu epoki sprawiają, że film Kwiecińskiego w pełni zasługuje na tytuł superprodukcji. Na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni „Chopin, Chopin!” został pokazany jako film otwarcia, po czym nie otrzymał żadnej z głównych nagród, dostał jednak zasłużone statuetki za scenografię (dla Katarzyny Sobańskiej i Marcela Sławińskiego) i kostiumy (dla Magdaleny Biedrzyckiej i Justyny Stolarz).

Widzimy więc Paryż bogaty i rozbawiony, Paryż biedny i wściekły, Paryż pustoszony przez zarazę – i każdy z nich przekonuje. Może tylko ten rewolucyjny wypada trochę nijako, choć i ta nijakość ma swoje uzasadnienie: wtedy Chopin jest już obok wydarzeń. Nie boi się, nie świętuje, po prostu na raty odchodzi. Bo właśnie o odchodzeniu najbardziej ten film opowiada.

 

Od Filipa…

Apetyty rozbudziły nie tylko pieniądze, ale i wcześniejsza współpraca Michała Kwiecińskiego z Erykiem Kulmem.

W 2022 roku Kulm zagrał główną rolę w opartym na powieści Leopolda Tyrmanda "Filipie". Tamten film zdecydowanie porwał publiczność i większość krytyki, co było osiągnięciem wyjątkowym również dlatego, że była to produkcja znienawidzonej wówczas przez większość środowiska TVP.

Tak samo, jak nowa produkcja, wyróżniał się dopracowaną scenografią, umieszczoną w bliższych nam czasowo i geograficznie przestrzeniach wojennych Niemiec.

Bohater, młody Żyd pochodzący z Polski, próbuje układać sobie życie, bawić się i mścić się na Niemcach, a już przede wszystkim – na Niemkach, które hurtowo uwodzi, wykorzystując ich samotność i desperację na równi z własną urodą. Taka to jego prywatna wojna, która w pewnym momencie z całą bezwzględnością losu zderza się ponownie z wojną prawdziwą. Był to więc film zarazem wojenny, awanturniczy, przygodowy – choć dla dorosłego zdecydowanie widza. „Filip” zdobył Srebrne Lwy na festiwalu w Gdyni, a Kulm, wcześniej znany głównie z seriali, przez wielu widzów i recenzentów został uznany za objawienie.

I choć kilka kwestii związanych z filmem można było uznać za dyskusyjne (twórcy prozę Tyrmanda i losy oraz motywacje jego bohatera potraktowali raczej jako fundament nowej opowieści, zamiast zadowolić się po prostu ekranizacją), był to jednak duży, artystyczny i frekwencyjny sukces. Na który nowy film również zasługuje, ale niekoniecznie ma na to wielkie szanse.

 

…do Fryderyka

Gdy opowiada się o biograficznym filmie o Chopinie, można pisać spoilery. Jest oczywiste, że bohater na końcu umrze.

Filmowi zarzuca się – i to do pewnego stopnia zarzut słuszny – że zbyt mocno żongluje fragmentami życia wielkiego kompozytora, na czym cierpi linia narracyjna. Tym bardziej, oddam od siebie, przytłoczona przez kwestię zdrowia i wyroku, z którym żyje nasz bohater.

Mamy więc sceny wielkich koncertów i towarzyszących im przyjęć, podkochujące się w Chopinie arystokratki i słuchającego jego gry króla Ludwika Filipa. Sceny rozrywek zblazowanej francuskiej bohemy i przenikającej się z nią arystokracji budzą we mnie poczucie zażenowania. Nie dlatego, że są tak źle nakręcone. Wręcz przeciwnie – znakomicie oddają atmosferę wielkiej imprezy, która pomimo różnicy strojów i towarzyszącej jej muzyki w wyścigu na pustkę i głupotę uczestników spokojnie mogłaby ścigać się z imprezą nastolatków z amerykańskiego współczesnego horroru. Mamy więc grę, zabawę, zblazowanie samego kompozytora. Kolejny podbój i nagle dramatyczne cięcie. Kaszel. Krew na ścianie. Diagnozę lekarza i zapowiedź śmierci.

Gasnąca obecność

Później światy te się mieszają. Artysta próbuje funkcjonować normalnie, grać koncerty i udzielać lekcji. Chce się ożenić z zakochaną w nim od dzieciństwa Marysią Wodzińską, gdy jednak do jej rodziny dociera informacja o chorobie narzeczonego, ślub zostaje odwołany. Chopin chodzi po Paryżu niczym zombie, coraz bardziej też zombie przypomina, charakteryzacja sprawia, że chwilami mamy wrażenie oglądania horroru.

W tle rozgrywają się kolejne dramaty, takie jak epidemia cholery czy wspomniana już rewolucja, a genialny emigrant szarpie się wciąż z własnym zżyciem i własną śmiercią. Wiąże się z George Sand (tu biografowie zwracają uwagę, że wzajemne emocje pary zostały w scenariuszu Bartosza Janiszewskiego trochę spłycone, choć mają przecież swoją tragiczną głębię) i jedzie z nią na Majorkę, gdzie musi zmagać się z epidemiczną paniką miejscowych. Z Ferencem Lisztem udaje się do Stanów, gdzie gra koncerty, coraz bardziej musząc jednak posiłkować się opium.

Fryderyk Chopin jak Ian Curtis

Przyznam, że ten wątek skojarzył mi się z „Control”, zupełnie inną przecież opowieścią, sfilmowana kilkanaście lat temu biografia Iana Curtisa, zmarłego samobójczą śmiercią lidera zespołu Joy Division, który również coraz bardziej oddalał się od własnej muzyki i publiczności. Droga w stronę nieuchronnego końca, pokazanego zresztą zaskakująco jak na tę opowieść subtelnie i poetycko, pełna jest pomniejszego cierpienia, ale i ludzkiego wsparcia – przyjaciół (przede wszystkim Liszta, ale i opiekującego się nim Jana Matuszyńskiego), fanów, miłości.

Wszystko spaja zaś porywająca gra Kulma, który kolejny raz wznosi się na aktorskie szczyty, czy to jako lekko łobuzerski geniusz, któremu jednak wybaczamy wszystko, czy jako człowiek wyniszczony, osłabiony, coraz bardziej oddzielny wobec pędzącego już zupełnie innym rytmem świata.

Reszta obsady też trzyma oczywiście poziom, ale przy Eryku Kulmie bledną pozostałe kreacje. Dodajmy, że aktor znów gra w wielu językach, a do tego jeszcze odrywa swoje partie na pianinie. Tu naprawdę trzeba docenić ogrom pracy.

 

Narzekania częściowo uzasadnione

Krytyka narzeka na poszatkowanie, fragmentaryczność opowieści i z tym zarzutem można się zgodzić.

Przeskakujemy więc czasem między scenami i miejscami, gubiąc się trochę i odbierając zdarzenia bieżące jako retrospekcje.

„[…] słownie i dramaturgicznie film pojmowany jako niewprawnie zmontowane streszczenie telewizyjnego serialu” – pisze recenzent portalu Pełna Sala i choć daleko mi do tak krytycznej opinii, rozumiem, skąd się ona wzięła.

Jest też faktem, że w miarę uchodzenia życia z kompozytora zdaje się ono – choć mniej zdecydowanie – zanikać też w samej opowieści. I choć można uznać to za nawiązanie do opisywanych przez Matuszyńskiego odwrotów i nawrotów choroby, nie podejrzewam twórców o tak przebiegły artystyczny zabieg. „Żywy, pulsujący od niuansów i fascynujących rys życiorys z pierwszych sekwencji filmu stopniowo ustępuje miejsca cokolwiek mechanicznemu odhaczaniu najważniejszych epizodów z życia artysty.

Nie pomagają manieryzmy spod znaku efekciarskich zbliżeń na plucie krwią na klawiaturę, czy twórczego szału à la «Amadeusz», gdzie bohater zajeżdża się na śmierć, notując kolejne utwory, zanim ulecą mu z głowy” – pisze na Filmwebie Małgorzata Steciak z „Vogue” i pod tą opinią mogę się w dużym stopniu podpisać.

Polskie akcenty

Ciekawe natomiast, że gdy jedni recenzenci piszą o widocznym w filmie rozdarciu artysty jako emigranta, inni chwalą, że kwestii polskości prawie w nim nie ma. Prawda leży pośrodku, ponieważ patriotyczne deklaracje i odniesienia pojawiają się co prawda bardzo rzadko, tym mocniej jednak wybrzmiewają. Najgłośniejsze są zaś słowa o sercu, które należy oddzielić od ciała. Jak wiemy, serce kompozytora spoczywa w Warszawie, podczas gdy reszta jego ciała została pochowana w Paryżu. Większego symbolu rozdarcia żaden twórca już nie wymyśli.

Wybór jako tematu ostatnich lat życia Chopina, od pierwszego krwawego kaszlu do śmierci, sprawia, że pomimo wielu atrakcyjnych i na moment przełamujących nastrój scen film staje się historią nieznośnie smutną i bardzo przez to przygniatającą.

Jest to opowieść niewątpliwie piękna, może być jednak nie do uniesienia dla przeciętnego widza. A to czyni ją superprodukcją, która nie będzie równocześnie blockbusterem. Choć – chciałbym się w tej sprawie pomylić.


 

POLECANE
Tylu cudzoziemców opuściło Polskę. Służby podały dane z ostatniej chwili
Tylu cudzoziemców opuściło Polskę. Służby podały dane

Około 140 cudzoziemców opuściło Polskę w ostatnim tygodniu – poinformowała w nowym komunikacie Straż Graniczna.

Atak nożownika w Ustce. Nie żyje 4-letnie dziecko, są ranni z ostatniej chwili
Atak nożownika w Ustce. Nie żyje 4-letnie dziecko, są ranni

Nie żyje 4-letnia dziewczynka, która została zaatakowana przez nożownika. Do zdarzenia doszło przy ul. Bałtyckiej w Ustce – poinformowało we wtorek rano Radio Gdańsk.

Politico o wojnie w Brukseli. Kallas miała nazwać von der Leyen „dyktatorem” z ostatniej chwili
Politico o wojnie w Brukseli. Kallas miała nazwać von der Leyen „dyktatorem”

Nieoficjalne doniesienia z Brukseli ujawniają narastające napięcia na samym szczycie Unii Europejskiej. Według ustaleń serwisu „Politico” relacje między szefową unijnej dyplomacji Kają Kallas, a przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen są wyjątkowo złe. 

Paweł Jędrzejewski: Wielki Kalifat Europy? z ostatniej chwili
Paweł Jędrzejewski: Wielki Kalifat Europy?

Czy Europa stworzy nowe groźne fanatyzmy i mordercze idee? Nie "gabinetowe", jak klimatyzm, czy multikulturalizm, niszczące Europę dzień po dniu, ale prawdziwie "uliczne" - takie, jakimi były komunizm, faszyzm, nazizm - porywające masy i mordujące otwarcie wrogów (klasowych, rasowych, etnicznych). Pamiętamy z kronik tłumy wiwatujące na cześć Hitlera na niemieckich, nazistowskich parteitagach. Tysiące Włochów pod balkonem Mussoliniego. Falujące morze ludzi na bolszewickich wiecach, gdy przemawiał Lenin, Trocki lub Stalin. Do takiego zjednoczenia i wspólnoty zawsze potrzebny jest wspólny wróg i jednocząca nienawiść. Czy pojawią się ich nowe, współczesne odpowiedniki?

Trump stawia Iran pod presją. „Wysłałem do regionu dużą armadę” z ostatniej chwili
Trump stawia Iran pod presją. „Wysłałem do regionu dużą armadę”

Prezydent USA Donald Trump powiedział w poniedziałek portalowi Axios, że sytuacja wokół Iranu „jest zmienna”, bo wysłał na Bliski Wschód „dużą armadę”. Ocenił jednocześnie, że Teheran chciałby zawrzeć porozumienie.

„Wbrew rządowej propagandzie...”. Mariusz Błaszczak studzi emocje ws. pieniędzy z programu SAFE z ostatniej chwili
„Wbrew rządowej propagandzie...”. Mariusz Błaszczak studzi emocje ws. pieniędzy z programu SAFE

W poniedziałek MON poinformował, że Komisja Europejska pozytywnie zaopiniowała dokumenty złożone przez Polskę, które dotyczą pozyskania funduszy w wysokości blisko 44 mld euro z programu SAFE. Narrację rządu krytycznie skomentował były szef MON, Mariusz Błaszczak.

IMGW wydał pilny komunikat. Oto co nas czeka w najbliższych dniach z ostatniej chwili
IMGW wydał pilny komunikat. Oto co nas czeka w najbliższych dniach

Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej przedłużył ostrzeżenia pogodowe dla dużej części kraju. W najbliższych godzinach i dniach Polacy muszą liczyć się z marznącymi opadami, gęstą mgłą, oblodzeniem oraz roztopami. Przed niebezpieczną sytuacją na drogach ostrzega także Rządowe Centrum Bezpieczeństwa.

Jest apel do Rzecznika Praw Obywatelskich ws. Adama Borowskiego z ostatniej chwili
Jest apel do Rzecznika Praw Obywatelskich ws. Adama Borowskiego

Byli działacze opozycji demokratycznej z czasów PRL zwrócili się z pilnym apelem do Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie prawomocnego wyroku sądu wobec Adama Borowskiego. W liście, podpisanym przez blisko sto osób, domagają się interwencji i podnoszą argumenty dotyczące wolności słowa oraz kontrowersyjnego charakteru przepisów, na podstawie których zapadł wyrok.

Karol Nawrocki: Polska nieustannie wspiera Mołdawię w jej drodze do Unii Europejskiej z ostatniej chwili
Karol Nawrocki: Polska nieustannie wspiera Mołdawię w jej drodze do Unii Europejskiej

Polska nieustannie wspiera Mołdawię w jej drodze do członkostwa w UE – powiedział prezydent Karol Nawrocki po spotkaniu z prezydentką Mołdawii. Maia Sandu, dziękując Polsce za bycie adwokatem Kiszyniowa w Europie, podkreśliła zaś, że jej kraj chce m.in. przyciągać więcej polskich inwestycji.

KE podjęła decyzję ws. środków dla Polski z instrumentu SAFE. Kosiniak-Kamysz zabiera głos z ostatniej chwili
KE podjęła decyzję ws. środków dla Polski z instrumentu SAFE. Kosiniak-Kamysz zabiera głos

Jesteśmy coraz bliżej otrzymania prawie 44 mld euro na inwestycje w bezpieczeństwo - przekazał wicepremier, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz po decyzji KE ws. środków dla Polski z instrumentu SAFE. Jak wskazał, kolejnym krokiem będzie decyzja wykonawcza Rady Europejskiej i finalne podpisanie umów.

REKLAMA

Czy "Chopin, Chopin!" to słaby film?

Reakcje krytyki na film Michała Kwiecińskiego "Chopin, Chopin!" wyglądają na dość zgodne i niezbyt dla obrazu korzystne. Co gorsza, z góry chętnie podchwytywane są przez część komentatorów, na których niekoniecznie dobre wrażenie robi wydana na film kwota 64 milionów złotych sprawiająca, że mamy do czynienia z najdroższą polską produkcją ostatnich lat. Czy jednak rzeczywiście pieniądze zostały zmarnowane?
Eryk Kulm w roli Fryderyka Chopina
Eryk Kulm w roli Fryderyka Chopina / Kadr ze zwiastunu filmu "Chopin, Chopin!"

Co musisz wiedzieć:

  • Na ekrany kin wchodzi właśnie film "Chopin, Chopin!" w reżyserii Michała Kwiecińskiego.
  • Budżet filmu jest imponujący (raz podaje się 64, innym razem - 72 miliony złotych). Jednak rozmach produkcyjny uzasadnia tak duże wydatki.
  • Pomimo zasłużonych nagród na Festiwalu w Gdyni za kostiumy i scenografię, film spotkał się ze sporą dozą krytyki.
  • Jednym z najpoważniejszych zarzutów była fragmentaryczność akcji i linii narracyjnej.

 

Na bogato

Tak, budżet filmu robi wrażenie, zwłaszcza że niektóre źródła podają jeszcze wyższą kwotę – 72 miliony. W połączeniu z kwękaniem pierwszych recenzentów reakcja jest dość przewidywalna, jesteśmy przecież przyzwyczajeni do wyrzucania potężnych sum w błoto. Również w kulturze. Tym bardziej że jesteśmy przecież po całkiem świeżej awanturze o podział środków z Krajowego Planu Odbudowy w tym sektorze, gdzie nie zabrakło dotacji kontrowersyjnych i zastanawiających.

Trzeba jednak uspokoić czytelników: to jednak nie ten przypadek.

Oglądając film, miałem poczucie, że środki te zostały dobrze wydane. Zdjęcia, kręcone w Polsce, we Francji i w Hiszpanii, kilkuset aktorów i kilka tysięcy statystów – to swoje musiało kosztować.

Stroje, lokacje, stworzenie klimatu epoki sprawiają, że film Kwiecińskiego w pełni zasługuje na tytuł superprodukcji. Na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni „Chopin, Chopin!” został pokazany jako film otwarcia, po czym nie otrzymał żadnej z głównych nagród, dostał jednak zasłużone statuetki za scenografię (dla Katarzyny Sobańskiej i Marcela Sławińskiego) i kostiumy (dla Magdaleny Biedrzyckiej i Justyny Stolarz).

Widzimy więc Paryż bogaty i rozbawiony, Paryż biedny i wściekły, Paryż pustoszony przez zarazę – i każdy z nich przekonuje. Może tylko ten rewolucyjny wypada trochę nijako, choć i ta nijakość ma swoje uzasadnienie: wtedy Chopin jest już obok wydarzeń. Nie boi się, nie świętuje, po prostu na raty odchodzi. Bo właśnie o odchodzeniu najbardziej ten film opowiada.

 

Od Filipa…

Apetyty rozbudziły nie tylko pieniądze, ale i wcześniejsza współpraca Michała Kwiecińskiego z Erykiem Kulmem.

W 2022 roku Kulm zagrał główną rolę w opartym na powieści Leopolda Tyrmanda "Filipie". Tamten film zdecydowanie porwał publiczność i większość krytyki, co było osiągnięciem wyjątkowym również dlatego, że była to produkcja znienawidzonej wówczas przez większość środowiska TVP.

Tak samo, jak nowa produkcja, wyróżniał się dopracowaną scenografią, umieszczoną w bliższych nam czasowo i geograficznie przestrzeniach wojennych Niemiec.

Bohater, młody Żyd pochodzący z Polski, próbuje układać sobie życie, bawić się i mścić się na Niemcach, a już przede wszystkim – na Niemkach, które hurtowo uwodzi, wykorzystując ich samotność i desperację na równi z własną urodą. Taka to jego prywatna wojna, która w pewnym momencie z całą bezwzględnością losu zderza się ponownie z wojną prawdziwą. Był to więc film zarazem wojenny, awanturniczy, przygodowy – choć dla dorosłego zdecydowanie widza. „Filip” zdobył Srebrne Lwy na festiwalu w Gdyni, a Kulm, wcześniej znany głównie z seriali, przez wielu widzów i recenzentów został uznany za objawienie.

I choć kilka kwestii związanych z filmem można było uznać za dyskusyjne (twórcy prozę Tyrmanda i losy oraz motywacje jego bohatera potraktowali raczej jako fundament nowej opowieści, zamiast zadowolić się po prostu ekranizacją), był to jednak duży, artystyczny i frekwencyjny sukces. Na który nowy film również zasługuje, ale niekoniecznie ma na to wielkie szanse.

 

…do Fryderyka

Gdy opowiada się o biograficznym filmie o Chopinie, można pisać spoilery. Jest oczywiste, że bohater na końcu umrze.

Filmowi zarzuca się – i to do pewnego stopnia zarzut słuszny – że zbyt mocno żongluje fragmentami życia wielkiego kompozytora, na czym cierpi linia narracyjna. Tym bardziej, oddam od siebie, przytłoczona przez kwestię zdrowia i wyroku, z którym żyje nasz bohater.

Mamy więc sceny wielkich koncertów i towarzyszących im przyjęć, podkochujące się w Chopinie arystokratki i słuchającego jego gry króla Ludwika Filipa. Sceny rozrywek zblazowanej francuskiej bohemy i przenikającej się z nią arystokracji budzą we mnie poczucie zażenowania. Nie dlatego, że są tak źle nakręcone. Wręcz przeciwnie – znakomicie oddają atmosferę wielkiej imprezy, która pomimo różnicy strojów i towarzyszącej jej muzyki w wyścigu na pustkę i głupotę uczestników spokojnie mogłaby ścigać się z imprezą nastolatków z amerykańskiego współczesnego horroru. Mamy więc grę, zabawę, zblazowanie samego kompozytora. Kolejny podbój i nagle dramatyczne cięcie. Kaszel. Krew na ścianie. Diagnozę lekarza i zapowiedź śmierci.

Gasnąca obecność

Później światy te się mieszają. Artysta próbuje funkcjonować normalnie, grać koncerty i udzielać lekcji. Chce się ożenić z zakochaną w nim od dzieciństwa Marysią Wodzińską, gdy jednak do jej rodziny dociera informacja o chorobie narzeczonego, ślub zostaje odwołany. Chopin chodzi po Paryżu niczym zombie, coraz bardziej też zombie przypomina, charakteryzacja sprawia, że chwilami mamy wrażenie oglądania horroru.

W tle rozgrywają się kolejne dramaty, takie jak epidemia cholery czy wspomniana już rewolucja, a genialny emigrant szarpie się wciąż z własnym zżyciem i własną śmiercią. Wiąże się z George Sand (tu biografowie zwracają uwagę, że wzajemne emocje pary zostały w scenariuszu Bartosza Janiszewskiego trochę spłycone, choć mają przecież swoją tragiczną głębię) i jedzie z nią na Majorkę, gdzie musi zmagać się z epidemiczną paniką miejscowych. Z Ferencem Lisztem udaje się do Stanów, gdzie gra koncerty, coraz bardziej musząc jednak posiłkować się opium.

Fryderyk Chopin jak Ian Curtis

Przyznam, że ten wątek skojarzył mi się z „Control”, zupełnie inną przecież opowieścią, sfilmowana kilkanaście lat temu biografia Iana Curtisa, zmarłego samobójczą śmiercią lidera zespołu Joy Division, który również coraz bardziej oddalał się od własnej muzyki i publiczności. Droga w stronę nieuchronnego końca, pokazanego zresztą zaskakująco jak na tę opowieść subtelnie i poetycko, pełna jest pomniejszego cierpienia, ale i ludzkiego wsparcia – przyjaciół (przede wszystkim Liszta, ale i opiekującego się nim Jana Matuszyńskiego), fanów, miłości.

Wszystko spaja zaś porywająca gra Kulma, który kolejny raz wznosi się na aktorskie szczyty, czy to jako lekko łobuzerski geniusz, któremu jednak wybaczamy wszystko, czy jako człowiek wyniszczony, osłabiony, coraz bardziej oddzielny wobec pędzącego już zupełnie innym rytmem świata.

Reszta obsady też trzyma oczywiście poziom, ale przy Eryku Kulmie bledną pozostałe kreacje. Dodajmy, że aktor znów gra w wielu językach, a do tego jeszcze odrywa swoje partie na pianinie. Tu naprawdę trzeba docenić ogrom pracy.

 

Narzekania częściowo uzasadnione

Krytyka narzeka na poszatkowanie, fragmentaryczność opowieści i z tym zarzutem można się zgodzić.

Przeskakujemy więc czasem między scenami i miejscami, gubiąc się trochę i odbierając zdarzenia bieżące jako retrospekcje.

„[…] słownie i dramaturgicznie film pojmowany jako niewprawnie zmontowane streszczenie telewizyjnego serialu” – pisze recenzent portalu Pełna Sala i choć daleko mi do tak krytycznej opinii, rozumiem, skąd się ona wzięła.

Jest też faktem, że w miarę uchodzenia życia z kompozytora zdaje się ono – choć mniej zdecydowanie – zanikać też w samej opowieści. I choć można uznać to za nawiązanie do opisywanych przez Matuszyńskiego odwrotów i nawrotów choroby, nie podejrzewam twórców o tak przebiegły artystyczny zabieg. „Żywy, pulsujący od niuansów i fascynujących rys życiorys z pierwszych sekwencji filmu stopniowo ustępuje miejsca cokolwiek mechanicznemu odhaczaniu najważniejszych epizodów z życia artysty.

Nie pomagają manieryzmy spod znaku efekciarskich zbliżeń na plucie krwią na klawiaturę, czy twórczego szału à la «Amadeusz», gdzie bohater zajeżdża się na śmierć, notując kolejne utwory, zanim ulecą mu z głowy” – pisze na Filmwebie Małgorzata Steciak z „Vogue” i pod tą opinią mogę się w dużym stopniu podpisać.

Polskie akcenty

Ciekawe natomiast, że gdy jedni recenzenci piszą o widocznym w filmie rozdarciu artysty jako emigranta, inni chwalą, że kwestii polskości prawie w nim nie ma. Prawda leży pośrodku, ponieważ patriotyczne deklaracje i odniesienia pojawiają się co prawda bardzo rzadko, tym mocniej jednak wybrzmiewają. Najgłośniejsze są zaś słowa o sercu, które należy oddzielić od ciała. Jak wiemy, serce kompozytora spoczywa w Warszawie, podczas gdy reszta jego ciała została pochowana w Paryżu. Większego symbolu rozdarcia żaden twórca już nie wymyśli.

Wybór jako tematu ostatnich lat życia Chopina, od pierwszego krwawego kaszlu do śmierci, sprawia, że pomimo wielu atrakcyjnych i na moment przełamujących nastrój scen film staje się historią nieznośnie smutną i bardzo przez to przygniatającą.

Jest to opowieść niewątpliwie piękna, może być jednak nie do uniesienia dla przeciętnego widza. A to czyni ją superprodukcją, która nie będzie równocześnie blockbusterem. Choć – chciałbym się w tej sprawie pomylić.



 

Polecane