Pomnik Rzezi Wołyńskiej w Domostawie wychodzi z cienia

Co musisz wiedzieć?
- Rzeź Wołyńska była ludobójstwem dokonanym przez ukraińskich nacjonalistów pomiędzy luty 1943, a lutym 1944 roku na Polakach
- W III RP pamięć o Rzezi Wołyńskiej była długo tłumiona
- Sytuacja zmieniła się po wyborze Karola Nawrockiego na Prezydenta RP
Ośmieleni przez Karola Nawrockiego
Z pewnością rządzące współczesną Polską koterie zostały ośmielone podpisaną przez urzędującego jeszcze Prezydenta Państwa, dosłownie „rzutem na taśmę”, ustawą Sejmową o ustanowieniu 11. lipca Narodowego Dnia Pamięci o Polakach, Ofiarach Ludobójstwa dokonanego przez OUN UPA na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej. Wielu podnosi jednak głowę nieśmiało, jakby jeszcze niepewnie kalkulując gdzie będzie ta właściwa strona mocy po której warto stanąć. Ten obraz współczesnej Polski jest ciągle przygnębiający, a cywilna odwaga stała się ogromnie deficytowa. Niesie to z sobą ponadto poważne zagrożenie dochodzenia do głosu i znaczenia sił skrajnych. I tu nie chodzi bynajmniej o polityczny folklor, tylko o zapalny potencjał dla deprecjonowania spraw najistotniejszych, o którym wiele sił w Polsce, i nie tylko, wręcz marzy. Nawet drobiazgi, wydawałoby się bez większego znaczenia, mogą zostać odpowiednio rozdmuchane przez profesjonalną agenturą wpływu, a takiej w Polsce z pewnością nie brakuje przy zauważalnym deficycie profesjonalności władzy. Oby na swój sposób „bohaterski”, dziś jakże honorowy, były wójt Jarocina Zbigniew Walczak, Prezes Społecznego Komitetu Budowy Pomnika w Domostawie, nie był wkrótce zmuszony „burzyć kramów przed domem modlitwy”.
Czy w ten sposób jesteśmy w ogóle w stanie budować suwerennie silne państwo, czy będziemy potrafili i chcieli go bronić kiedy ta godzina nadejdzie? Jury Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w swym dorocznym konkursie wolności słowa zdecydowało się swym wyróżnieniem publicznie zauważyć Domostawę. Jednak reprezentowane podczas Gali wręczenia nagród media głównego konserwatywnego nurtu nie zdecydowały się na pełnowymiarową transmisję z Domostawy. Ich obowiązkowa obecność w komplecie w Domu Dziennikarza na Foksal w Warszawie wynikała bez wątpienia z przyznania dziennikarskiego Lauru SDP Ojcu Dyrektorowi, który swego medialnego imperium także nie zdecydował się w pełni w Domostawie wykorzystać.
W Domostawie Kościół przemówił wprawdzie głosem Ordynariusza Sandomierskiego, jednak opiniami cytowanymi starannie za innymi. Głos księdza Antoniego Moskala nie był w tej sytuacji głosem Kościoła, a chrześcijanina i Przewodniczącego Honorowego Komitetu Budowy Pomnika.
Milczenie hierarchów
Ta widoczna asekuracja polskich hierarchów w tej sprawie to stąpanie po wąskiej i niebezpiecznej ścieżce. Mamy bowiem do czynienia po stronie ukraińskiej z wyraźnym państwowym kultem kolaboracji z niemieckim nazizmem i kontrowersje wobec postawy Piusa XII w obliczu II WŚ winny zostać w kręgach polskiego kościoła katolickiego od razu historycznie przywołane. Tym bardziej, że generał SS Horst Wächter, gubernator serca Galicji Krakowa, a później Lwowa ukrywał się właśnie w Watykanie oczekując na możliwość ucieczki „szczurzym szlakiem” do Argentyny. Pomocną rękę wyciągnął wprawdzie okryty ponurą sławą austriacki biskup Alois Hudal, lecz zasadnicze dla uniknięcia Norymbergii przez zbrodniarza wojennego Horsta Wächtera były doskonałe relacje z kościołem grekokatolickim, w tym osobiste z metropolitą Andrzejem Szeptyckim i Iwanem Buczko, pomocniczym biskupem lwowskim.
Można więc sądzić, że mając także w pamięci bestialsko wymordowanych księży szczególnie podczas krwawej niedzieli 11 lipca 1943, ksiądz Antoni Moskal pamiętał o brunatnej plamie kościoła katolickiego ubolewając ogromnie nad brakiem odpowiedzi polskiego i ukraińskiego kościoła na dramatyczny apel z 2023 Rodzin Ofiar ukraińskiego bestialstwa do stosownych episkopatów o godne pochówki. I nie jest to jedynie historyczna troska, bowiem ukraiński kościół grekokatolicki dziś i teraz, aktywnie i z zapałem godnym lepszej sprawy, patronuje nadal wszelkim uroczystościom na Ukrainie gloryfikującym pamięć ludobójców spod znaku nazistowskiej i niemieckiej swastyki. Jak zauważyła historyk Lucyna Kulińska stoimy w Domostawie właściwie nad symbolicznym grobem dzieci, gdyż mężczyźni byli albo wywiezieni do Niemiec na roboty, albo na wojnie. Ten tragiczny los dzieci i rodzin to było główne artystyczne przesłanie Mistrza Pityńskiego i przede wszystkim właśnie to przedstawił w każdym detalu swego dzieła. To memento o niezbywalnym obowiązku obrony własnej rodziny, tym bardziej wobec drastycznego zaniechania elit IIIRP odpowiedzialnych w gruncie rzeczy za nieskrępowane rozprzestrzenianie się relatywizacji kultu OUN UPA, Bandery i Szuchewycza w polskiej przestrzeni publicznej, ale także i ukraińskiej. Historyk Witold Zych zobligował wręcz władze polskiego państwa do żądania od Kijowa wycofania wszelkich uchwał i dekretów banderowskich podjętych przez Wierchowną Radę, jako warunku sine qua non normalizacji stosunków miedzy państwowych.
Może mieć to rzeczywiście kluczowe znaczenie dla Polski, wobec wyraźnej tendencji kontynuacji w praktyce przez każdą administrację USA, i to 80 lat po zakończeniu wojny, skandalicznej w swym moralnym aspekcie od początku, operacji „Paperclip – Spinacz”, gdzie wzorem sowieckim uniewinniono, w jedynym bastionie „demokratycznego świata” przydatnych dla rozpoczynającej się zimnej wojny niemieckich, austriackich czy ukraińskich zbrodniarzy wojennych, obciążonych w większości dziesiątkami czy nawet setkami Ofiar. Jakie może to wywołać skutki w Europie przypomina casus Kurta Waldheima, który mimo ukrywanej starannie przez lata roli w pacyfikacji Bałkanów u boku najwyższych dygnitarzy administracji hitlerowskiej, został wybrany na bez mała 10 lat przewodniczącym ONZ. Po wybuchu skandalu i związanego z tym zakazu wjazdu do USA, został przez Austriaków ostentacyjnie wybrany prezydentem ich państwa.
Przełom
Obecność pełniącego obowiązki Prezesa IPN, Karola Polejowskiego, była oczywistym przełomem i nie da się w tej roli obsadzić Dyrektora Oddziału IPN w Rzeszowie Dariusza Iwaneczko z zeszłorocznych uroczystości poświęcenia i odsłonięcia pomnika „Rzeź Wołyńska” w Domostawie. Jednak czytany list prezydenta elekta Nawrockiego wybrzmiałby zdecydowanie autentyczniej w bezpośredniej prezentacji jego autora. Nawet wypadało tak zrobić, gdyż wizyta w Domostawie na dwa dni przed decydującą turą wyborów prezydenckich, poza ogromnym kredytem zaufania, pozostawiła jednak nie rozstrzygnięty jak na razie margines domysłów. Wiele symbolicznych gestów stworzyło w Domostawie diametralnie inna sytuacje od tej z którą mieliśmy do czynienia w 2024 roku. Oficjalny udział reprezentacji Wojska Polskiego, a więc poważnej emanacji siły Państwa, stanowił z tych gestów ten najpoważniejszy. Tym bardziej, że środowiska ukraińskie niemalże otwarcie uznały, że Polska tym pomnikiem buduje sobie grób. Cokolwiek miałoby to znaczyć, w kontekście dokonanej „rzezi wołyńskiej”, wobec tego właśnie upamiętnienia, brzmi to wyjątkowo ponuro i wręcz złowrogo. W takiej sytuacji konkretny patronat urzędującej Głowy Państwa i choćby symboliczna nawet dotacja miałyby jednoznaczny polityczny sens. O wielu tego rodzaju aspektach aktualnych i niebezpiecznych relacji polsko-ukraińskich, jak zwykle odważnie, mówiono w kolejnych wystąpieniach. Niektórzy widzą tegoroczną zmianę atmosfery i narracji w Domostawie i tak w kategorii cudu. Pytanie, czy słusznie po 35. już latach wolnej Polski. Wobec czających sie zagrożeń i to z tak progresywną dynamiką, wydaje sie być to jednak zdecydowanie zbyt ostrożnym minimalizmem. Wpisuje sie w bardzo szkodliwie „usypiający” pogląd o jednak rozpoczętych ekshumacjach, na przykładzie zaledwie jednej wsi, gdzie trzeba było ogromnymi środkami wykarczować pokaźną połać lasu by dotrzeć do kilku zaledwie Ofiar. Tego rodzaju asekuranctwo odczytywane jest w kategoriach słabości Państwa, i słusznie.
Nie trzeba było bowiem długo czekać i na zbezczeszczenie samego Narodowego Pomnika w Domostawie i na banderowską rozróbę i to na także Narodowym Stadionie. Tej zdziczałej tłuszczy, ze stadionowych relacji, w żadnym wypadku nie wolno zignorować. Z takim żywiołem, mogącym w każdej chwili wymknąć się spod kontroli, mamy już do czynienia w największych polskich miastach: Wrocławiu, Warszawie, Łodzi, całym Trójmieście, Krakowie, Poznaniu etc. z dominującym językiem ukraińskim, a właściwie rosyjskim, na ulicach. To ludzie, najczęściej w wieku poborowym lub młodsi, z masowo kupowanymi na ukraińskich bazarach Kartami Polaków, wspomagani często i chętnie na miejscu, zwłaszcza na tzw. Ziemiach Odzyskanych, przez tych którzy pochodzą z pokolenia przesiedlonego ze wschodniej II RP, na do dziś nie zweryfikowanych polskich dokumentach, nagle odważnie deklarujących się jako Ukraińcy. W sytuacji policji, obciążonej spuścizną milicji obywatelskiej w swej mentalności realizowania rozkazów politycznych , a nie porządkowych będzie trudno zapanować na tą sytuacją bez niezbędnego zdecydowania według rzymskiej maksymy „twarde prawo, ale prawo”. Niestety turańska cywilizacja odcisnęła na nas nad wyraz trudno zbywalne piętno, kosztem wielowiekowej łacińskiej polskiej tradycji.
Świadkowie odchodzą
Opowieści o rosyjskich prowokacjach nie wytrzymują konfrontacji z logiką wydarzeń od co najmniej 2014 roku, tj. świadomej budowy ukraińskiego państwa na nacjonalistycznym kulcie OUN UPA, Bandery i Szuchewycza od Lwowa, poprzez Tarnopol, Stanisławów, aż do Rady Najwyższej w Kijowie przecież. Elity Ukrainy mogą sobie wyobrażać fundament założycielski swego państwa na miarę swych możliwości. To absolutnie nie powinno oznaczać dla świata, a szczególnie dla Polski, jakiejkolwiek akceptacji dla takiego stanu rzeczy po hekatombie skutków niemiecko-, austriacko,-ukraińskiego hitlerowskiego nazizmu i sowieckiego totalitaryzmu. Przed taka próba stanęliśmy już w 1939 roku i decyzją ministra Józefa Becka odrzuciliśmy opcje walki z Rosją u boku Adolfa Hitlera z Mein Kampf przed oczami. Tego Europa Zachodnia nie może nam do dziś wybaczyć, tej czystości idei Bóg, Honor, Ojczyzna z czego naziści zdecydowali się użyć jedynie „Got mit uns” wybitego na klamrach pasów Wehrmachtu i Kriegsmarine. Jako Polacy nie mamy innego wyjścia, jak jednoznaczne trwanie przy naszych słowiańskich i chrześcijańskich wartościach.
Wahania i niedomówienia w tych sprawach doprowadzą do wcielenia w czyn znamiennego komentarza wybitnego austriackiego dziennikarza Petera Fritza wygłoszonego podczas obchodów 80. rocznicy wyzwolenia obozu zagłady w Mauthausen w maju 2025 o konieczności zbadania kolaboracji Polaków z nazizmem(sic!), blokowanego przez „poprzedni rząd do obecnego”. Oby zawetowanie sejmowej ustawy o penalizacji banderyzmu i wobec tego braku prawnych narzędzi do ścigania deliktów propagowania symboliki nazistowskiej, do której niewątpliwie należy i ceglasto- czerwona flaga i „wilczy hak”, nie ustawiło nas Polaków w sytuacji podejrzenia o celowe ignorowanie spraw, które akurat w Niemczech czy Austrii są z pełną hipokryzją najsurowiej karane. Nacjonalistyczno-ksenofobiczne demony Europy Zachodniej są jedynie uśpione i nad wyraz łatwo je przebudzić. Pytanie o udział SS-Galizien w jednostkach wartowniczych SS-Totenkopf w kompleksie obozowym Mauthausen - Gusen, ludzi zajmujących sie dogłębnie od dziesięcioleci w Austrii historią tego obozu, wykazało zaskakujący brak wiedzy w tym zakresie(?). Przywołano jedynie francuskich świadków(?), którzy zrelacjonowali zamknięcie i wymordowanie wszystkich ukraińskich nacjonalistów w obozowym domu publicznym w Gusen I (istnieje do dziś jako prywatny dom jednorodzinny!) za próbę zorganizowania wspólnie z jeńcami sowieckimi buntu - powstania w obozie(?). Z takimi narracjami i takimi dziennikarzami jak Peter Fritz będziemy, my Polacy, konfrontowani coraz częściej w miarę odchodzenia ostatnich już „naszych” świadków.