[Tylko u nas] Rafał Woś: To jeszcze nie jest koniec

Wojna na Wschodzie jest daleka od zakończenia. I możliwe, że dopiero pokaże nam swoje najgorsze oblicze.
/ Foto M. Żegliński

„Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma” ‒ mówił Zagłoba w „Potopie”. Jest to doskonałe określenie sytuacji konfliktowej, w której ktoś sądzi, że już wygrał. Ale jednocześnie ‒ pod innym względem ‒ to druga strona ma nad nim przewagę. Mniej więcej taka właśnie sytuacja panuje pomiędzy Rosją a Zachodem dziś. 230 dni po tym, jak Putin najechał na Ukrainę.

Przez te 230 dni targały nami skrajne emocje. I obawiam się ‒ szczerze mówiąc ‒ że będą one nami targać przez kolejnych 230. Pamiętacie jeszcze to oburzenie i bezradność? A także obawę, że w tej walce Dawida z Goliatem Putin szybko postawi na swoim? Wejdzie, zajmie, wyszczerzy atomowe kły. A Zachód ograniczy się do wystosowania not pełnych oburzenia. Ale nic takiego wtedy nie nastąpiło. A potem była zmiana o 180 stopni. Wystrzeliło przekonanie, że już po Rosji. A ludzie za tydzień, dwa sami wywiozą Putina na taczkach. Nie chcąc żyć w kraju odciętym od świata (przynajmniej tego zachodniego) i od gromadzonych tam latami aktywów (przynajmniej przez tych bogatszych). Zdawało się wtedy, że kraj załamie się ekonomicznie. A rubel stanie się bezwartościowym świstkiem papieru. Ale to też nie nastąpiło. Rosja się nie załamała. Putin wciąż siedzi na Kremlu. Rubel szybko odrobił straty. Zaś rosyjska gospodarka od wielu miesięcy notuje wręcz historyczne nadwyżki handlowe.

Także dziś w zasadzie każdy nowy tydzień przynosi nowe doniesienia wywołujące skrajne emocje. Kłopoty z mobilizacją rezerwistów pokazują, że Rosjanie nie chcą iść na żadną wojnę. Ale z drugiej strony na Zachodzie morale też niskie i naznaczone nakręcającą się paniką z powodu rosnących cen prądu. Do tego eksplozje gazociągu Nord Stream. I jeszcze powrót Putina do retoryki nuklearnej. Trudno się w tym wszystkim odnaleźć i stanąć na jakimś pewnym gruncie. A jednak odnaleźć się trzeba. Bo wojna na Wschodzie wkracza w fazę znaną z wielu innych trudnych konfliktów. Możne ją określić jednym zdaniem: „kto wytrzyma dłużej?”. Patrząc zupełnie na chłodno, trzeba sobie jasno powiedzieć, że obie strony mają w ręku sporo słabych, ale i kilka piekielnie mocnych kart. I nikt tu nie jest z góry skazany na porażkę.

Siła Rosji

Rosja ma w tym konflikcie jeden kluczowy atut. Od samego początku widać, że to na nim Putin oparł swoje nadzieje na zwycięskie zakończenie operacji ukraińskiej. Tym atutem są oczywiście surowce naturalne. „Wojna prowadzona innymi środkami” ‒ powiedziałby słynny pruski strateg Carl von Clausewitz. Po co czołgi i bomby? Jeśli wystarczy odpowiednia gra podaży i popytu na kluczowe towary ‒ paliwa, żywność albo metale rzadkie ‒ bez których druga strona nie może się obejść.

Rosja jest do tej „innej wojny” przygotowana bardzo dobrze. Przez całe lata testowała ją w mniejszej skali na swoich bezpośrednich sąsiadach. Na Białorusi, państwach bałtyckich, Ukrainie, Polsce albo Kazachstanie. Europa Zachodnia nie chciała słuchać. Pod wieloma względami nadal nie chce. Co ciekawe, odwrotnie niż np. amerykański wywiad. CIA martwiła się użyciem broni energetycznej wobec Zachodniej Europy już… na początku lat 80. XX wieku. Z odtajnionych niedawno dokumentów wynika na przykład, że również ten strach przed „energetyczną wasalizacją” EWG (czyli poprzedniczki UE) pchnął administrację Reagana do słynnego wyścigu zbrojeń. Amerykanie byli wtedy gotowi przekreślić wysiłki dwóch dekad odprężenia w relacjach ze Związkiem Radzieckim, wprowadzając nowy zestaw ostrych sankcji ekonomicznych. A zrobili to także po to, by nie dopuścić do uzależnienia energetycznego starego kontynentu wobec Moskwy. Czego efektem byłby ‒ ich zdaniem ‒ efektywny rozpad NATO oraz transfer technologii na Wschód, skutkujący utratą przewagi rozwojowej i militarnej.

Z dzisiejszej perspektywy wygląda na to, że tamte obawy Amerykanów ziściły się. Tyle że pół wieku później. Rosji pomogła neoliberalna globalizacja i naiwny outsourcing produkcji kluczowych surowców. W efekcie w minionym 20-leciu produkcja własna gazu Unii Europejskiej zmniejszyła się o 60 proc. A jednocześnie import tego samego surowca z Rosji urósł o połowę. Jeśli to nie jest uzależnienie, to ciekawe, co nim jest!

Dlaczego wybuchł Nord Stream?

Warto zauważyć, że punktem zwrotnym tej batalii nie był wcale 24 lutego 2022 roku, czyli dzień najazdu na Ukrainę. Kreml i Gazprom tkały swoją sieć powiązań energetycznych i politycznych z Europą całymi latami. Ale decyzja, by wykorzystać je teraz do poprawy warunków wymiany handlowej oraz swojej pozycji geopolitycznej, zapadła ‒ zdaje się ‒ po pandemii COVID-19, gdy wywołana spadkiem cen ropy i gazu groźba poważnego kryzysu zajrzała Rosji w oczy. To wtedy (w latach 2020–2021) Rosjanie zaczęli zmniejszać podaż tłoczonych do Europy ropy i gazu. Najpierw po cichu. Potem zupełnie otwarcie, windując tym samym ich cenę. Skąd Rosjanie wiedzieli, że Europa nie wierzgnie? Nie powie: „idźcie do stu diabłów z tym swoim gazem”? Tę pewność dawało im zwycięstwo modelu zielonej transformacji energetycznej w wersji niemieckiej. To znaczy z gazem ziemnym w roli kluczowego dla powodzenia całego planu surowca rezerwowego. To dało Putinowi przekonanie, że jego broń energetyczna będzie nie do odparcia.

Potem przyszły kolejne posunięcia. Na przykład wydany miesiąc po rozpoczęciu wojny na Ukrainie dekret Kremla stanowiący, że tzw. kraje nieprzyjacielskie muszą płacić za rosyjski gaz wyłącznie w rublu. Putin uratował w ten sposób kurs swojej waluty, której zagwarantował stały popyt. Ale chodziło o coś jeszcze. Ekonomista Michele Zangrandi twierdzi, że przy pomocy tego sprytnego ruchu Rosja zabezpieczyła się przed dalszym rozszerzaniem sankcji gospodarczych ze strony Zachodu. Na przykład na rosyjską giełdę. Na co ‒ podobno ‒ chciały się zdecydować Stany Zjednoczone, ale co wyperswadował im zachodnioeuropejski sojusznik. Świadom, że w ten sposób odcięliby się od rosyjskiego gazu. Na co niewielu ma w Unii odwagę. Zwłaszcza w kontekście trwającej energetycznej drożyzny. Widać tu w sposób bardziej niż dobitny, jak ważną polisą ubezpieczeniową reżimu Putina w obecnym geopolitycznym starciu są surowce.

Ostatnio zaś mamy kolejne posunięcia polegające na dalszym… przykręcaniu Europie gazowego kurka. Latem Putin ogłosił, że przez Nord Stream popłynie tylko 20 proc. tego, co kiedyś. Ostatnie wybuchy na dnie Bałtyku czynią tamte zapowiedzi nieaktualnymi. Gazu do Europy trafi bowiem jeszcze mniej. A pamiętać trzeba, że z ekonomicznego punktu widzenia każda taka zapowiedź… podbija ceny gazu na światowych rynkach. Europa musi go bowiem jakoś pozyskać. To sprawia, że nie ma na razie szans na spadek inflacji. Choćby banki centralne stanęły na rzęsach. I tak, w atmosferze narastającej paniki, nadchodzi zima. A przecież w zanadrzu Putin ma jeszcze nuklearny straszak. Takie sianie zamętu w głowach Europejczyków to kluczowa część jego planu. To stworzy sytuację, w której, na przykład, domaganie się przez Rosję uznania podziału Ukrainy trafi w wielu krajach (od Niemiec po Węgry) na bardzo podatny grunt. Byle już tylko zakończyć „to całe szaleństwo”.  

Czy sankcje działają?

Czy Zachód jest skazany na przyjęcie ‒ na pewnym etapie ‒ rosyjskich dążeń i roszczeń? Niekoniecznie. Dwa największe atuty zwolenników twardej walki z Rosjanami to realny opór Ukrainy oraz, mimo wszystko, sankcje ekonomiczne. Słabością sankcji jest oczywiście to, że o ich faktycznej sile (lub braku) napiszą dopiero historycy. Ich krytycy podniosą pewnie (słusznie), że pomogły wzmocnić rubla i poprawiły Moskwie ich saldo handlowe. Stało się tak dlatego, że Zachód swoimi sankcjami objął raczej rosyjski import niż eksport. A to sprawiło, że do kraju zaczęło napływać dużo więcej obcych walut niż z niego wypływać. Sprawiliśmy bowiem, że oni nie mogą nic od nas kupować, ale my ciągle kupujemy od nich. Trochę, bo musimy, a trochę, bo chcemy.

Trzeba jednak pamiętać o jednym. „Wojna nie jest konkursem bilansów handlowych. I nie wygrywa się wojny, posiadając najmocniejszą walutę w okolicy”. To opinia Marka Harrisona, emerytowanego ekonomisty z Uniwersytetu w Warwick i autora wielu książek na temat współczesnej Rosji. Przestrzega on przed popełnianiem „merkantylistycznego błędu”. Zwłaszcza w odniesieniu do wojny. Przypomnijmy, że merkantylizm był starą doktryną ekonomiczną wywodzącą się jeszcze z XVII-wiecznego rozumienia relacji gospodarczych. Jej zwolennicy głosili, że państwo (tak jak człowiek) musi sprzedawać więcej, niż kupuje. Bo tylko wtedy będzie silniejsze od pozostałych, dysponując nadwyżkami eksportowymi w postaci cennego pieniądza, który napłynął do kraju z zagranicy. Patrząc z tej perspektywy, to my tę wojnę z Rosją faktycznie przegrywamy.

Ale przecież w prawdziwym świecie to tak nie działa. A prawdziwą wojnę wygrywa ten, kto wytrzyma dłużej niż przeciwnik. W tym sensie sankcjonowanie rosyjskiego importu (czyli tego, co Rosji sprzedajemy) ma znaczenie kluczowe. Oznacza bowiem, że Rosji brakować będzie wielu potrzebnych do przetrwania komponentów, których nie produkowała w przeszłości w wystarczających ilościach. Chodzi tu zarówno o podzespoły potrzebne w przemyśle (mikroczipy, podzespoły maszyn i pojazdów albo samolotów), jak i towary konsumpcyjne, za którymi przepadają Rosjanie (wiele dóbr luksusowych).

Podobnego zdania są ekonomiści Oleg Itskhoki i Dmitry Mukhin, którzy od początku wojny badają efektywność sankcji na Rosję. Według nich sankcje zadziałały o tyle, że mocno ograniczyły dostęp Rosji do zachodnich rynków. I faktycznie bardzo wiele dóbr cenionych przez obywateli albo potrzebnych do produkcji jest dziś albo bardzo drogich albo wręcz niemożliwych do zdobycia. Czas pokaże, czy Rosja będzie umiała pozyskać je skądinąd. Dopiero wtedy okaże się, jak bardzo sankcje bolą. Ekonomiści przypominają też, że środki podjęte przez Bank Centralny Rosji w połowie marca (dramatyczne podwyżki stóp i drakońskie kontrole tego, jakie waluty trzymają Rosjanie) też niosą za sobą wiele społecznych kosztów. Tego typu represje męczą i zubażają społeczeństwo oraz gospodarkę ‒ choćby podnosząc raty kredytów. I dlatego ich utrzymywanie może być w dłuższym okresie zapalnikiem społecznego niezadowolenia.

Oczywiście, myśląc o przyszłości, musimy pamiętać, że na horyzoncie pojawić się może jeszcze wiele niewiadomych. Jak zareaguje Putin na wypadek potencjalnego zagrożenia swojej władzy? Czy zechce rzucić na Ukrainę świeżo zmobilizowane siły? Czy Zachód podzieli się wokół tematu przyszłych granic ukraińskiego państwa? Jak powinno zareagować NATO na wypadek taktycznego użycia przez Rosję broni jądrowej? Wszystkie te pytania pozostają w mocy. „To nie jest koniec. To nie jest nawet początek końca. Możliwe jednak, że jest to przynajmniej… koniec początku” ‒ mówił Churchill po brytyjskim zwycięstwie nad Afrika Korps pod El-Alamein. Lew Albionu miał rację, choć do końca drugiej wojny musiały upłynąć jeszcze trzy lata. Wydaje się jednak, że my mamy dziś dużo mniej powodów do optymizmu niż Churchill w roku 1942.

 

 

 

 


 

POLECANE
Sędzia ujawnia praktyki sądów i prokuratury Żurka. „W cywilizowanych państwach to jest nie do pomyślenia” wideo
Sędzia ujawnia praktyki sądów i prokuratury Żurka. „W cywilizowanych państwach to jest nie do pomyślenia”

Sędzia Dariusz Łubowski podczas przesłuchania przed Krajową Radą Sądownictwa mówił na temat praktyk, jakie są podejmowane przez prokuraturę nadzorowaną przez ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka.

Groźby śmierci wobec Piotra Nisztora. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich żąda stanowczej reakcji władz z ostatniej chwili
Groźby śmierci wobec Piotra Nisztora. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich żąda stanowczej reakcji władz

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zabrało stanowczy głos po ujawnieniu gróźb wobec dziennikarza śledczego Piotra Nisztora. – Dziś mamy prawo nie tylko apelować, ale wręcz żądać od rządzących stanowczej reakcji – mówi prezes SDP dr Jolanta Hajdasz. 

Ekspert: “Prawdziwe zagrożenie dla demokracji pochodzi z Europy” z ostatniej chwili
Ekspert: “Prawdziwe zagrożenie dla demokracji pochodzi z Europy”

Analityczny ośrodek MCC Brussels opublikował i przedstawił raport, który krytycznie ocenia podejmowane przez Komisję Europejską działania w obszarze wewnętrznym wspólnoty.

Przełom w Brukseli. Państwa UE zgodziły się na 90 mld euro dla Ukrainy z ostatniej chwili
Przełom w Brukseli. Państwa UE zgodziły się na 90 mld euro dla Ukrainy

Państwa członkowskie UE osiągnęły w środę porozumienie w sprawie wsparcia finansowego dla Ukrainy w wysokości 90 mld euro. To przełomowy, choć nie ostatni krok w procedurze legislacyjnej, który umożliwi wypłacenie pomocy Kijowowi na początku drugiego kwartału br., gdy Ukrainie zabraknie pieniędzy.

75 lat od zamordowania „Łupaszki”. Msza w intencji Żołnierzy Wyklętych w Bazylice św. Brygidy w Gdańsku z ostatniej chwili
75 lat od zamordowania „Łupaszki”. Msza w intencji Żołnierzy Wyklętych w Bazylice św. Brygidy w Gdańsku

W niedzielę  8 lutego przypada 75 rocznica zamordowania mjr. Zygmunta Szendzielarza “Łupaszki” i innych dowódców Okręgu Wileńskiego AK. Tego dnia w Bazylice św. Brygidy w Gdańsku odprawiona zostanie msza święta o godz. 11.00 w intencji Żołnierzy Niezłomnych. Do udziału w niej zachęca ks. kanonik Ludwik Kowalski i gdański oddział IPN.

Nowe informacje ws. szpiega w MON. Wiemy, jak „wpadł” pilne
Nowe informacje ws. szpiega w MON. Wiemy, jak „wpadł”

„Miał być wielki sukces, ale wyszła groteska. Okazuje się, że zatrzymany ws. szpiegostwa pracownik MON pojechał na urlop na Białoruś. 'Wpadł', gdy sam poinformował przełożonych, że nie może wrócić do pracy, bo utknął na Białorusi” - poinformował na platformie X były minister spraw wewnętrznych i administracji, obecnie zaś europoseł Mariusz Kamiński.

Ostra wymiana zdań na linii Kancelaria Sejmu–BBN. Cenckiewicz mocno odpowiada Siwcowi z ostatniej chwili
Ostra wymiana zdań na linii Kancelaria Sejmu–BBN. Cenckiewicz mocno odpowiada Siwcowi

W środę doszło do ostrej wymiany zdań na linii Kancelaria Sejmu – Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Szef Kancelarii Sejmu Marek Siwiec zwrócił się z wnioskiem o rozszerzenie porządku obrad Rady Bezpieczeństwa Narodowego o kwestie dotyczące prezydenta Karola Nawrockiego. Odpowiedź szefa BBN Sławomira Cenckiewicza była stanowcza i dosadna.

Nalot policji na biura platformy X w Paryżu z ostatniej chwili
Nalot policji na biura platformy X w Paryżu

Jak poinformował portal European Conservative, francuska policja przeprowadziła nalot na biura należącej do Elona Muska platformy X.

Maciej Wąsik: Służby nie prowadziły postępowania sprawdzającego wobec Czarzastego z ostatniej chwili
Maciej Wąsik: Służby nie prowadziły postępowania sprawdzającego wobec Czarzastego

„Włodzimierz Czarzasty ma z urzędu dostęp do informacji niejawnych z tytułu objęcia stanowiska Marszałka Sejmu” - napisał Maciej Wąsik, były sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji, obecnie eurodeputowany PiS.

IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka z ostatniej chwili
IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka

– W związku z nadejściem ciepłego frontu atmosferycznego w najbliższych dniach temperatura na południu kraju wyniesie do 7 st. C. Od dzisiejszego wieczora obowiązywać będą alerty przed opadami marznącymi w całej Polsce – poinformował synoptyk IMGW Przemysław Makarewicz.

REKLAMA

[Tylko u nas] Rafał Woś: To jeszcze nie jest koniec

Wojna na Wschodzie jest daleka od zakończenia. I możliwe, że dopiero pokaże nam swoje najgorsze oblicze.
/ Foto M. Żegliński

„Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma” ‒ mówił Zagłoba w „Potopie”. Jest to doskonałe określenie sytuacji konfliktowej, w której ktoś sądzi, że już wygrał. Ale jednocześnie ‒ pod innym względem ‒ to druga strona ma nad nim przewagę. Mniej więcej taka właśnie sytuacja panuje pomiędzy Rosją a Zachodem dziś. 230 dni po tym, jak Putin najechał na Ukrainę.

Przez te 230 dni targały nami skrajne emocje. I obawiam się ‒ szczerze mówiąc ‒ że będą one nami targać przez kolejnych 230. Pamiętacie jeszcze to oburzenie i bezradność? A także obawę, że w tej walce Dawida z Goliatem Putin szybko postawi na swoim? Wejdzie, zajmie, wyszczerzy atomowe kły. A Zachód ograniczy się do wystosowania not pełnych oburzenia. Ale nic takiego wtedy nie nastąpiło. A potem była zmiana o 180 stopni. Wystrzeliło przekonanie, że już po Rosji. A ludzie za tydzień, dwa sami wywiozą Putina na taczkach. Nie chcąc żyć w kraju odciętym od świata (przynajmniej tego zachodniego) i od gromadzonych tam latami aktywów (przynajmniej przez tych bogatszych). Zdawało się wtedy, że kraj załamie się ekonomicznie. A rubel stanie się bezwartościowym świstkiem papieru. Ale to też nie nastąpiło. Rosja się nie załamała. Putin wciąż siedzi na Kremlu. Rubel szybko odrobił straty. Zaś rosyjska gospodarka od wielu miesięcy notuje wręcz historyczne nadwyżki handlowe.

Także dziś w zasadzie każdy nowy tydzień przynosi nowe doniesienia wywołujące skrajne emocje. Kłopoty z mobilizacją rezerwistów pokazują, że Rosjanie nie chcą iść na żadną wojnę. Ale z drugiej strony na Zachodzie morale też niskie i naznaczone nakręcającą się paniką z powodu rosnących cen prądu. Do tego eksplozje gazociągu Nord Stream. I jeszcze powrót Putina do retoryki nuklearnej. Trudno się w tym wszystkim odnaleźć i stanąć na jakimś pewnym gruncie. A jednak odnaleźć się trzeba. Bo wojna na Wschodzie wkracza w fazę znaną z wielu innych trudnych konfliktów. Możne ją określić jednym zdaniem: „kto wytrzyma dłużej?”. Patrząc zupełnie na chłodno, trzeba sobie jasno powiedzieć, że obie strony mają w ręku sporo słabych, ale i kilka piekielnie mocnych kart. I nikt tu nie jest z góry skazany na porażkę.

Siła Rosji

Rosja ma w tym konflikcie jeden kluczowy atut. Od samego początku widać, że to na nim Putin oparł swoje nadzieje na zwycięskie zakończenie operacji ukraińskiej. Tym atutem są oczywiście surowce naturalne. „Wojna prowadzona innymi środkami” ‒ powiedziałby słynny pruski strateg Carl von Clausewitz. Po co czołgi i bomby? Jeśli wystarczy odpowiednia gra podaży i popytu na kluczowe towary ‒ paliwa, żywność albo metale rzadkie ‒ bez których druga strona nie może się obejść.

Rosja jest do tej „innej wojny” przygotowana bardzo dobrze. Przez całe lata testowała ją w mniejszej skali na swoich bezpośrednich sąsiadach. Na Białorusi, państwach bałtyckich, Ukrainie, Polsce albo Kazachstanie. Europa Zachodnia nie chciała słuchać. Pod wieloma względami nadal nie chce. Co ciekawe, odwrotnie niż np. amerykański wywiad. CIA martwiła się użyciem broni energetycznej wobec Zachodniej Europy już… na początku lat 80. XX wieku. Z odtajnionych niedawno dokumentów wynika na przykład, że również ten strach przed „energetyczną wasalizacją” EWG (czyli poprzedniczki UE) pchnął administrację Reagana do słynnego wyścigu zbrojeń. Amerykanie byli wtedy gotowi przekreślić wysiłki dwóch dekad odprężenia w relacjach ze Związkiem Radzieckim, wprowadzając nowy zestaw ostrych sankcji ekonomicznych. A zrobili to także po to, by nie dopuścić do uzależnienia energetycznego starego kontynentu wobec Moskwy. Czego efektem byłby ‒ ich zdaniem ‒ efektywny rozpad NATO oraz transfer technologii na Wschód, skutkujący utratą przewagi rozwojowej i militarnej.

Z dzisiejszej perspektywy wygląda na to, że tamte obawy Amerykanów ziściły się. Tyle że pół wieku później. Rosji pomogła neoliberalna globalizacja i naiwny outsourcing produkcji kluczowych surowców. W efekcie w minionym 20-leciu produkcja własna gazu Unii Europejskiej zmniejszyła się o 60 proc. A jednocześnie import tego samego surowca z Rosji urósł o połowę. Jeśli to nie jest uzależnienie, to ciekawe, co nim jest!

Dlaczego wybuchł Nord Stream?

Warto zauważyć, że punktem zwrotnym tej batalii nie był wcale 24 lutego 2022 roku, czyli dzień najazdu na Ukrainę. Kreml i Gazprom tkały swoją sieć powiązań energetycznych i politycznych z Europą całymi latami. Ale decyzja, by wykorzystać je teraz do poprawy warunków wymiany handlowej oraz swojej pozycji geopolitycznej, zapadła ‒ zdaje się ‒ po pandemii COVID-19, gdy wywołana spadkiem cen ropy i gazu groźba poważnego kryzysu zajrzała Rosji w oczy. To wtedy (w latach 2020–2021) Rosjanie zaczęli zmniejszać podaż tłoczonych do Europy ropy i gazu. Najpierw po cichu. Potem zupełnie otwarcie, windując tym samym ich cenę. Skąd Rosjanie wiedzieli, że Europa nie wierzgnie? Nie powie: „idźcie do stu diabłów z tym swoim gazem”? Tę pewność dawało im zwycięstwo modelu zielonej transformacji energetycznej w wersji niemieckiej. To znaczy z gazem ziemnym w roli kluczowego dla powodzenia całego planu surowca rezerwowego. To dało Putinowi przekonanie, że jego broń energetyczna będzie nie do odparcia.

Potem przyszły kolejne posunięcia. Na przykład wydany miesiąc po rozpoczęciu wojny na Ukrainie dekret Kremla stanowiący, że tzw. kraje nieprzyjacielskie muszą płacić za rosyjski gaz wyłącznie w rublu. Putin uratował w ten sposób kurs swojej waluty, której zagwarantował stały popyt. Ale chodziło o coś jeszcze. Ekonomista Michele Zangrandi twierdzi, że przy pomocy tego sprytnego ruchu Rosja zabezpieczyła się przed dalszym rozszerzaniem sankcji gospodarczych ze strony Zachodu. Na przykład na rosyjską giełdę. Na co ‒ podobno ‒ chciały się zdecydować Stany Zjednoczone, ale co wyperswadował im zachodnioeuropejski sojusznik. Świadom, że w ten sposób odcięliby się od rosyjskiego gazu. Na co niewielu ma w Unii odwagę. Zwłaszcza w kontekście trwającej energetycznej drożyzny. Widać tu w sposób bardziej niż dobitny, jak ważną polisą ubezpieczeniową reżimu Putina w obecnym geopolitycznym starciu są surowce.

Ostatnio zaś mamy kolejne posunięcia polegające na dalszym… przykręcaniu Europie gazowego kurka. Latem Putin ogłosił, że przez Nord Stream popłynie tylko 20 proc. tego, co kiedyś. Ostatnie wybuchy na dnie Bałtyku czynią tamte zapowiedzi nieaktualnymi. Gazu do Europy trafi bowiem jeszcze mniej. A pamiętać trzeba, że z ekonomicznego punktu widzenia każda taka zapowiedź… podbija ceny gazu na światowych rynkach. Europa musi go bowiem jakoś pozyskać. To sprawia, że nie ma na razie szans na spadek inflacji. Choćby banki centralne stanęły na rzęsach. I tak, w atmosferze narastającej paniki, nadchodzi zima. A przecież w zanadrzu Putin ma jeszcze nuklearny straszak. Takie sianie zamętu w głowach Europejczyków to kluczowa część jego planu. To stworzy sytuację, w której, na przykład, domaganie się przez Rosję uznania podziału Ukrainy trafi w wielu krajach (od Niemiec po Węgry) na bardzo podatny grunt. Byle już tylko zakończyć „to całe szaleństwo”.  

Czy sankcje działają?

Czy Zachód jest skazany na przyjęcie ‒ na pewnym etapie ‒ rosyjskich dążeń i roszczeń? Niekoniecznie. Dwa największe atuty zwolenników twardej walki z Rosjanami to realny opór Ukrainy oraz, mimo wszystko, sankcje ekonomiczne. Słabością sankcji jest oczywiście to, że o ich faktycznej sile (lub braku) napiszą dopiero historycy. Ich krytycy podniosą pewnie (słusznie), że pomogły wzmocnić rubla i poprawiły Moskwie ich saldo handlowe. Stało się tak dlatego, że Zachód swoimi sankcjami objął raczej rosyjski import niż eksport. A to sprawiło, że do kraju zaczęło napływać dużo więcej obcych walut niż z niego wypływać. Sprawiliśmy bowiem, że oni nie mogą nic od nas kupować, ale my ciągle kupujemy od nich. Trochę, bo musimy, a trochę, bo chcemy.

Trzeba jednak pamiętać o jednym. „Wojna nie jest konkursem bilansów handlowych. I nie wygrywa się wojny, posiadając najmocniejszą walutę w okolicy”. To opinia Marka Harrisona, emerytowanego ekonomisty z Uniwersytetu w Warwick i autora wielu książek na temat współczesnej Rosji. Przestrzega on przed popełnianiem „merkantylistycznego błędu”. Zwłaszcza w odniesieniu do wojny. Przypomnijmy, że merkantylizm był starą doktryną ekonomiczną wywodzącą się jeszcze z XVII-wiecznego rozumienia relacji gospodarczych. Jej zwolennicy głosili, że państwo (tak jak człowiek) musi sprzedawać więcej, niż kupuje. Bo tylko wtedy będzie silniejsze od pozostałych, dysponując nadwyżkami eksportowymi w postaci cennego pieniądza, który napłynął do kraju z zagranicy. Patrząc z tej perspektywy, to my tę wojnę z Rosją faktycznie przegrywamy.

Ale przecież w prawdziwym świecie to tak nie działa. A prawdziwą wojnę wygrywa ten, kto wytrzyma dłużej niż przeciwnik. W tym sensie sankcjonowanie rosyjskiego importu (czyli tego, co Rosji sprzedajemy) ma znaczenie kluczowe. Oznacza bowiem, że Rosji brakować będzie wielu potrzebnych do przetrwania komponentów, których nie produkowała w przeszłości w wystarczających ilościach. Chodzi tu zarówno o podzespoły potrzebne w przemyśle (mikroczipy, podzespoły maszyn i pojazdów albo samolotów), jak i towary konsumpcyjne, za którymi przepadają Rosjanie (wiele dóbr luksusowych).

Podobnego zdania są ekonomiści Oleg Itskhoki i Dmitry Mukhin, którzy od początku wojny badają efektywność sankcji na Rosję. Według nich sankcje zadziałały o tyle, że mocno ograniczyły dostęp Rosji do zachodnich rynków. I faktycznie bardzo wiele dóbr cenionych przez obywateli albo potrzebnych do produkcji jest dziś albo bardzo drogich albo wręcz niemożliwych do zdobycia. Czas pokaże, czy Rosja będzie umiała pozyskać je skądinąd. Dopiero wtedy okaże się, jak bardzo sankcje bolą. Ekonomiści przypominają też, że środki podjęte przez Bank Centralny Rosji w połowie marca (dramatyczne podwyżki stóp i drakońskie kontrole tego, jakie waluty trzymają Rosjanie) też niosą za sobą wiele społecznych kosztów. Tego typu represje męczą i zubażają społeczeństwo oraz gospodarkę ‒ choćby podnosząc raty kredytów. I dlatego ich utrzymywanie może być w dłuższym okresie zapalnikiem społecznego niezadowolenia.

Oczywiście, myśląc o przyszłości, musimy pamiętać, że na horyzoncie pojawić się może jeszcze wiele niewiadomych. Jak zareaguje Putin na wypadek potencjalnego zagrożenia swojej władzy? Czy zechce rzucić na Ukrainę świeżo zmobilizowane siły? Czy Zachód podzieli się wokół tematu przyszłych granic ukraińskiego państwa? Jak powinno zareagować NATO na wypadek taktycznego użycia przez Rosję broni jądrowej? Wszystkie te pytania pozostają w mocy. „To nie jest koniec. To nie jest nawet początek końca. Możliwe jednak, że jest to przynajmniej… koniec początku” ‒ mówił Churchill po brytyjskim zwycięstwie nad Afrika Korps pod El-Alamein. Lew Albionu miał rację, choć do końca drugiej wojny musiały upłynąć jeszcze trzy lata. Wydaje się jednak, że my mamy dziś dużo mniej powodów do optymizmu niż Churchill w roku 1942.

 

 

 

 



 

Polecane