Pierwszy milion trzeba zwolnić
Co musisz wiedzieć:
- Autor wskazuje, że premier Donald Tusk bagatelizuje wzrost bezrobocia, mimo że w 2025 roku liczba zwolnień grupowych (ponad 97 tys.) jest najwyższa od kryzysu 2008–2009, a ogólna liczba bezrobotnych zbliża się do miliona.
- Tekst pokazuje, że wzrost bezrobocia ma historyczne analogie (od reform Leszka Balcerowicza po rekordowe 20% za rządów Leszka Millera) oraz że obecne problemy szczególnie dotykają młodych i branże energochłonne.
- Główną przyczyną pogłębiającego się kryzysu mają być rosnące koszty energii i unijna polityka klimatyczna.
Okazją, przy której Donald Tusk wygłosił cytowane wcześniej słowa, było spotkanie zapowiadające „rok przyspieszenia”, co ma być typowym dla Tuska elementem sprawnej, choć oderwanej od rzeczywistości propagandy, a dla obywateli brzmieć jak groźba.
„Rok 2025 był rekordowy pod względem zwolnień grupowych. W sumie do urzędów pracy zgłoszono ich ponad 97,6 tys.”
– informowała pod koniec stycznia „Rzeczpospolita”. Gazeta podkreśla przy tym, że to najgorszy wynik od czasów ogólnoświatowego kryzysu z lat 2008–2009. Tym samym też więcej, niż choćby w czasie pandemii, gdy obawiano się fali zwolnień, do której jednak – częściowo kosztem zwiększenia inflacji – nie doszło. Hasła o „PiS-owskiej drożyźnie” lansowane przez propagandę PO przyjęły się dość dobrze w debacie publicznej, słabiej przebiła się świadomość, która była wobec niej alternatywna. Jeżeli uznać, że był to jeden z czynników, które wpłynęły na wynik wyborów w 2023 roku, to duże grupy pracowników ponoszą dziś koszty tamtej niewiedzy.
- Gen. Wroński: Niemcy budują parasol dla siebie
- Nie żyje 23-letni polski żołnierz. Służby badają sprawę
- Ważny komunikat dla mieszkańców Torunia
- Komunikat dla mieszkańców woj. wielkopolskiego
- PKO BP wydał pilny komunikat
- Burza po niedzielnej „Familiadzie”. Widzowie podzieleni
- Marcin Bąk: Zajdel miał rację. Niestety...
- Weber mówi o wspólnej unijnej armii. "Musimy być gotowi na to, że Kaczyński wróci do władzy"
Nieodrobiona lekcja
A przecież tę akurat lekcję naprawdę powinniśmy sobie jako społeczeństwo przyswoić. Mieliśmy na to dobrych 35 lat. Bezrobocie w Polsce pojawiło się wraz z końcem PRL i Leszkiem Balcerowiczem, ekonomicznym guru dzisiejszych rządzących. Co więcej, na jego skokowy wzrost na początku lat 90. duży wpływ miały, podobnie jak dzieje się to obecnie, rosnące ceny energii. Ceny te zostały wówczas uwolnione w ramach odchodzenia od centralnie planowej gospodarki, a równocześnie skończono z polityką subsydiowania tychże w przemyśle, co spotęgowało efekt podwyżek. To z kolei sprawiło, że działalność wielu firm stała się nieopłacalna, a ludzie zaczęli trafiać na bruk.
Oficjalna propaganda opisywała te zjawiska jako koniec komunistycznej fikcji, a dla ludzi, którzy w następstwie tych zmian zostawali bez pracy, media nie miały zbyt wiele współczucia. Uderzało to zwłaszcza w rozmaitej twórczości kabaretowej, w tym telewizyjnej, gdzie bezrobotny przedstawiany był jako żerujący na państwowej pomocy patologiczny leń, cwaniak i niereformowalny wychowanek Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Tymczasem liczba bezrobotnych rosła niemal równie lawinowo, co balcerowiczowska inflacja. W styczniu 1990 roku bezrobocie wynosiło jeszcze tylko 0,3%, by pod koniec tego samego roku osiągnąć poziom 6,5%, a w grudniu 1993 – już 16,4%. Później obserwowaliśmy pewne wahania, z wyraźną poprawą w roku 1998 i gwałtownym pogorszeniem sytuacji na początku XXI wieku. Wówczas, podczas kadencji Leszka Millera, bezrobocie osiągało swoje absolutne rekordy, dochodząc do pułapu 20%.
Sytuację uratowało otwarcie unijnego rynku pracy, a co za tym idzie – wypchnięcie poza Polskę potężnych grup potencjalnych bezrobotnych. W efekcie pod koniec 2008 roku bezrobocie spadło na od lat niewidziany poziom poniżej 10%, jednak już od początku kolejnego roku zaczęło ponownie rosnąć, by w 2013 osiągnąć ponad 14%. Potem doszło do niewielkiej poprawy, jednak znacząco sytuacja zmieniła się dopiero podczas rządów Prawa i Sprawiedliwości. W 2019 roku udało się nam zejść do 5%, a wynik ten polska gospodarka po zawirowaniach związanych z pandemią COVID-19 powtórzyła również cztery lata później. Dziś statystyki wciąż wyglądają nienajgorzej, jednak zbliżamy się już do 6%.
Młodzi bez pracy
Pracownicy, którzy odchodzą w ramach zwolnień grupowych, o których poniżej, na ogół znajdują jeszcze nowe zajęcie, jednak niepokojący trend można zauważyć wśród młodzieży. Polski TikTok pełen jest opowieści o bezowocnym poszukiwaniu pracy przez osoby po studiach, o rozsyłaniu bez odzewu setek CV, ignorowaniu lub wykorzystywaniu do wykonania prac bez gratyfikacji przez rekruterów, a nawet o przypadkach prób oszustw i wyłudzeń. We wrześniu zeszłego roku bez pracy pozostawać miało 13% osób poniżej 25. roku życia, co stawiało nas mniej więcej w połowie europejskiej stawki, ale z najwyższą tendencją wzrostową. W grudniu zeszłego roku w urzędach pracy zarejestrowanych było już ponad 217 tysięcy bezrobotnych poniżej 30. roku życia – o 16% więcej niż rok wcześniej. Ogółem zaś liczba bezrobotnych zbliża się już do miliona.
Hurtem na bruk
Liczba zwolnień grupowych złożonych w 2025 roku do urzędów pracy była trzykrotnie wyższa niż rok wcześniej. Bardzo duży udział w tej niechlubnej statystyce miała Poczta Polska prowadząca bezwzględną, wielokrotnie opisywaną na naszych łamach, politykę zwolnień. Jak jednak zauważa „Rzeczpospolita”, i bez udziału tego wielkiego państwowego pracodawcy liczby są niepokojące – to wciąż prawie 50 tys. zwolnień. Od czasu zmiany rządu mieliśmy w Polsce liczne medialne przypadki likwidacji zakładów, m.in. walcowni „Andrzej” w Zawadzkiem, fabryk Toshiby w Gnieźnie i Henkela w Raciborzu, polskich zakładów tureckiego producenta AGD Beko czy oddziału Black Red White w Przeworsku. Pracowników zwalniały też wielkie sieci handlowe. Zwolnienia grupowe przeprowadziły między innymi PKP Cargo, PG „Silesia” i wiele firm z bardzo różnych sektorów, od komputerowego wraz z branżą gier, poprzez branże energochłonne, aż do usług kurierskich. Nowy rok zaczęliśmy informacją o zamiarze likwidacji jednej zmiany w tyskiej fabryce FCA Poland, co oznacza utratę pracy dla ok. 750 osób.
Te cięcia to efekt kryzysu, który w Unii Europejskiej dotyka branży motoryzacyjnej. Unia w kolejnych strategiach i obostrzeniach próbuje zmniejszyć liczbę aut spalinowych, co przekłada się na spadek zainteresowania i problemy producentów. Zakład, produkujący takie auta jak Alfa Romeo Junior, Jeep Avenger i Fiat 600, jest jedną z ofiar tej polityki, przeciwko której zaczynają buntować się liderzy branży w wielu państwach UE. – Unia Europejska musi się obudzić, bo motoryzacja na naszym kontynencie umiera. I to w trybie bardzo, bardzo szybkim – mówił w rozmowie z Onetem jeden z pracowników. Firmy tymczasem planują przenoszenie produkcji poza Europę, pracownicy jednak raczej za swoimi pracodawcami nie wywędrują.
Nie tylko stare branże
Unijna polityka, wzrost kosztów energii powodowany w dużym stopniu czynnikami zależnymi od woli politycznej uderzają szczególnie w branże energochłonne. Na listach przedsiębiorstw, które zostały zlikwidowane lub zwalniały pracowników, widać więc mocną reprezentację firm związanych z hutnictwem, ciepłownictwem czy chemią. W pierwszej z tych branż, poza wspomnianą już walcownią w Zawadzkiem, na której opierało się właściwie całe życie i historia miejscowości, likwidacje dotknęły między innymi zakłady w Elblągu czy Częstochowie. Ale kryzys dotyka nie tylko tradycyjnej produkcji.
O Krakowie w ostatnich tygodniach głośno jest głównie z powodu inicjatywy referendalnej mającej doprowadzić do odwołania z urzędu prezydenta miasta Aleksandra Miszalskiego z Platformy Obywatelskiej. Jednak w prasie branżowej stolica Małopolski pojawia się coraz częściej w zupełnie innym kontekście – w Krakowie bardzo łatwo w ostatnich miesiącach stracić pracę. Być może i dlatego tak bulwersują mieszkańców informacje o zatrudnianiu w miejskich instytucjach działaczy KO, ich krewnych i znajomych. Krakowskie zwolnienia mają inną naturę od tych opisywanych wyżej, dotykają przede wszystkim nowoczesnych sektorów usług, branży IT, przetwarzania danych i usług internetowych. Przez pierwszych 11 miesięcy zwolnienia dotknęły tu prawie trzech tysięcy pracowników z kilkudziesięciu firm i zakładów.
„Niepokojące są też dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Według szacunków resortu przytoczonych przez gazetaprawna.pl stopa bezrobocia rejestrowanego w grudniu 2025 roku wyniosła około 5,7 proc. To wzrost o 0,6 punktu procentowego w porównaniu z grudniem 2024 r. i oznacza ponad 880 tys. zarejestrowanych bezrobotnych w kraju. To oznacza, że liczba osób pozostających bez pracy w urzędach pracy wzrosła o ponad 100 tys. w ciągu roku”
– donosi Forsal.pl. Słowa premiera, że nie ma się czym niepokoić, przypominają usypiające czujność deklaracje sprzed powodzi, która jesienią 2024 roku nawiedziła południowy zachód Polski. Wtedy też prognozy miały nie być alarmujące.
„To już tsunami zwolnień grupowych w Polsce. Firmy lawinowo tną etaty, w pośredniakach przybywa ludzi bez pracy. Czy nadciąga widmo bezrobocia?”
– pyta w tytule przywołanego tekstu portalu Forsal.pl Jagienka Michalik.
W pętli ETS-ów
Jeśli nie dojdzie do zmian w planowanym systemie ETS2, cięcia, zwolnienia, likwidacje i bankructwa mogą rozlać się na kolejne branże. Media już kilka miesięcy temu zauważyły nadciągający problem i coraz częściej uderzają w alarmistyczne tony. Informacje skupiają się głównie na nieuchronnym skokowym wzroście kosztów życia dla Polaków, zwłaszcza mieszkających w starszych, tradycyjnie ogrzewanych budynkach i jeżdżących tradycyjnymi samochodami na benzynę i gaz. Jednak ten sam problem dotknie przecież każdej aktywności gospodarczej, zarówno wielkich zakładów, jak i jednoosobowych działalności w rodzaju usług, drobnego handlu czy rzemiosła. Branża transportowa bardzo mocno odczuje wzrost cen paliw (niemal dwukrotny w perspektywie kolejnych 25 lat), a wszyscy – wzrost kosztów ogrzewania.
Tej zimy głośno stało się o pracownikach sieci sklepów Dino marznących z powodu niedogrzania jej placówek. Możemy spodziewać się, że podobnych informacji będzie więcej, biznes będzie szukał oszczędności na pracownikach, którzy stan ten zapewne odchorują. Równocześnie za ten wzrost kosztów zapłacą konsumenci. Wreszcie sami przedsiębiorcy mogą pewnego dnia zorientować się, że już nie stać ich na prowadzenie działalności, gdyż opłaty wciąż rosną, a oszczędzać nie ma już na kim i na czym. Dodajmy, że coraz częściej słyszymy, że w ramach zmian wywoływanych przez ocieplenie klimatu akurat w naszym regionie będzie… zimniej. A przecież już dziś z racji poziomu karbonizacji naszej gospodarki połączonej z położeniem geograficznym, czyniących Polskę jednym z zimniejszych krajów Unii, ponosimy największe koszty polityki klimatycznej UE. W ostatnich dniach pojawiły się co prawda sygnały, że w ETS2 szykowane są zmiany dotyczące liczby przyznawanych uprawnień do emisji w niektórych sektorach, jednak mają one kosmetyczny charakter i w żaden sposób nie uchronią nas przed nadciągającym kataklizmem.
Nadzieja?
Równocześnie jednak – i tu pojawia się pewna nadzieja – politycy z państw członkowskich pod wpływem własnego lobby przemysłowych zaczynają dostrzegać problemy, które stwarza obecnie funkcjonujący ETS. O jego zniesieniu lub ograniczeniu mówili w ostatnich dniach zarówno kanclerz Niemiec, jak i prezydent Francji, a coraz mocniejszy sprzeciw zgłaszają Czesi i Słowacy. Oczywisty fakt, że to ceny energii duszą dziś europejski przemysł, dociera do tych przedstawicieli władz państw członkowskich, którzy podlegają jeszcze demokratycznemu osądowi wyborców. Elity, które mniej muszą obawiać się gniewu i frustracji obywateli, wciąż próbują ciągnąć kontynent w swoją stronę.
Pozostają pytania, która opcja zwycięży i czy deklaracje Friedricha Merza i Emmanuela Macrona przełożą się na realne działania, czy mają jedynie mydlić oczy Niemcom i Francuzom? Co jednak interesujące, po wypowiedzi kanclerza Niemiec ceny w handlu emisjami spadły – na tym przykładzie możemy obserwować, jak działa „niewidzialna ręka rynku” w Unii Europejskiej.
Za oficjalnym optymizmem kryje się całkowita obojętność władzy, która od obywateli oczekuje, że będą wypełniać wszystkie zobowiązania wobec państwa, radząc sobie jednak samemu. Być może dalsze pogorszenie się sytuacji wywoła reakcję społeczną, która wymusi na władzy działanie. Obyśmy po drodze ze snu o polskim sukcesie nie obudzili się, gdy powrócą statystyki z 2003 roku.
[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




