Aleksandra Jakubiak OV: Ku przestrodze
Bajka o nieroztropnym Pastuszku
Od wczesnego dzieciństwa opowiadano mi pewną krótką bajkę z niepokojącym morałem. Był sobie pewien mały chłopiec. Nazwijmy go Pastuszkiem. Pastuszek chodził codziennie na łąkę blisko wsi i tam doglądał pasącego się stada owiec. Jak dzień długi bawił się, liczył owieczki i chmurki na niebie, ale jak to małemu chłopcu, szybko mu się te zajęcia nudziły. Kiedyś zatem wymyślił psotę. Zaczął głośno krzyczeć: - Wilk, wilk. Ratunku, pomocy! Każdy łapał, co miał pod ręką. Chłopi w polu motyki i kosy, gospodynie wałki i patelnie, Dziadkowie i babcie, własne kostury oraz laski. Zbiegła się ludzi wielka gromada. Tymczasem Pastuszek ubawił się setnie. Zdenerwowany tłum szybko się rozproszył. W jakiś czas potem chłopiec ponowił figla. Tym razem na pastwisko przybiegło już dużo mniej osób. Za trzecim razem tylko kilka osób.
Razu pewnego wilk groźny i wielki wyskoczył z lasu i zaczął polować na owce Pastuszka. Ślina kapała mu z otwartej paszczy, sierść groźnie jeżyła się na karku. Pastuszek krzyczał wniebogłosy, płakał i próbował ratować to, co jeszcze zostało z jego stada, ale nikt nie przybiegł z pomocą. Wilk pożarł wszystkie owce, a i Pastuszka nie oszczędził.
Krajobraz już nie czarno-biały
Dwa tygodnie temu pisząc o powieszeniu figurki Dzieciątka Jezus na stryczku i o związanej z tym aferze w Bolesławcu, wspomniałam, że sprawa owa jest bardziej złożona niż czytelny akt zbezczeszczenia krzyża w Kielnie na Pomorzu, gdzie nauczycielka miała zdjąć ów krzyż ze ściany i na oczach całej siódmej klasy wrzucić go do kosza. Cóż, okazuje się, że grubo się pomyliłam.
W tym tygodniu już szykowałam się do skończenia pracy, gdy zauważyłam informację o tym, że ww. nauczycielka angielskiego została przywrócona do pracy przez Komisję Dyscyplinarną. Chodzi o to, że po wypłynięciu całej sprawy, dyrektorka SP w Kielnie zawiesiła anglistkę, a komisja cofnęła decyzję o zawieszeniu i w czasie trwania dochodzenia kobieta może wykonywać obowiązki służbowe. Przyznam, że w pierwszej chwili skoczyło mi ciśnienie. Potem zapoznałam się ze źródłem informacji, a jest nim pismo branżowe „Głos Nauczycielski”, które zamieściło obszerny artykuł informacyjny, w którym cytowano m.in. fragmenty odwołania napisanego przez kielnieńską anglistkę.
- [wywiad] 20. rocznica Polskiej Sekcji PKWP. Ks. Jan Żelazny: Mamy być głosem tych, którzy tego głosu nie mają
- Polak nuncjuszem apostolskim na Sri Lance
- Zakończono "Drogę Synodalną". Nowym celem niemieckiego Kościoła jest stała „Konferencja Synodalna”
- Podano datę przeprowadzki i lokalizację apartamentów Leona XIV
- Leon XIV: Błogosławieństwa odsłaniają plan zbawienia; to prawo zapisane w sercach
- Ewangelia na IV Niedzielę Zwykłą z komentarzem [video]
- W obliczu zagrożenia chaosem i przemocą biskupi Kuby przypominają słowa Jana Pawła II
- Rocznica poświęcenia bazyliki prymasowskiej w Gnieźnie
- Słyszeliście historię o Czterech Kapelanach? Dzień ich śmierci jest w USA świętem
Relacja nauczycielki
Kobieta relacjonując zajście z 15 grudnia ubiegłego roku, pisze, że był to początek lekcji, gdy pochyliła się ku szafie, aby wyjąć sprzęt elektroniczny, który miał być potrzebny do nauki. W tym czasie uczniowie zaczęli rzucać między sobą zabawką halloweenową. Kiedy ona podniosła się i zamknęła szafę zapytała młodzieży, do kogo należy gadżet, który tymczasem przyczepił się do ściany. Nikt nie chciał się przyznać, więc, niewiele myśląc, oderwała go ściany i wrzuciła do kosza. Z jej opisu zdarzenia wynika, że nawet dobrze nie zarejestrowała, co przedstawiał, bo skupiona była na temacie lekcji, a sprawę z zabawką traktowała jak setki podobnych sytuacji, gdy dzieci się wygłupiają. Najpewniej, jak dobrze znamy z halloweenowego designu, na wierzchu był jakiś grób lub trumna, na których widniał wizerunek krzyża. Z opowieści wynika jednak, że nie chodziło tu o krzyż wiszący w szkolnej klasie jako religijny symbol.
Oczywiście, możemy powiedzieć, że nie ma żadnej pewności, iż nauczycielka mówi prawdę. I będziemy mieć rację. Ale jej opowieść wydawała się spokojna, spójna, a nade wszystko prawdopodobna. Nie były to słowa furiata, którego widziałam oczami wyobraźni, miotającego się po klasie w szale religijnej nienawiści. Na jej korzyść przemawia również fakt, że sprawa nie stała się głośna od razu - co byłoby normalne w wypadku tak kontrowersyjnego zachowania, jak wrzucenie krzyża do kosza - a dopiero po blisko dwóch tygodniach.
To nie temat do żartów
Jeśli dochodzenie wykaże - a świadków zajścia było przecież wielu - że zawarte w odwołaniu opisy nie są prawdziwe, to sprawa powróci do swego wcześniejszego zero-jedynkowego status quo. Co jednak, jeśli relacja nauczycielki jest prawdziwa? Wniosek nr 1, czyli kto zyskał? Ktoś dla sobie znanych prywatnych lub społecznych korzyści nakręcił dętą aferę, na fali której gazety miały o czym pisać, aktywiści o tym krzyczeć etc. Wniosek nr 2, czyli kto stracił? My wszyscy, w sensie chrześcijanie. Z krzykiem na temat bezczeszczenia lub pozbywania się krzyża ze sfery publicznej jest jak z naszym Pastuszkiem. Po kilku podobnych akcjach, nikt już nie będzie wrażliwy na kolejne apele. Nawet my sami, niczym te gotujące się powoli żaby, będziemy w tej materii coraz bardziej spolegliwi i nieufni. Wniosek nr 3 - w obu wypadkach przegraną w całej sprawie jest dyrektorka szkoły.
Naprawdę warto poddać kwestię wniosku nr 2 pod społeczną rozwagę. Coś, co najpierw wywołuje szok i reakcję, nawet wśród osób postronnych, po nadużyciu zaufania nieustannie będzie tracić na wiarygodności i powszednieć. To naprawdę nie są żarty.




