Piotr Skwieciński: Tłustym sumom o coś chodziło
Co musisz wiedzieć?
- Wspólną cechą książek Pawła Machcewicza, Michała Przeperskiego i Bartłomieja Kapicy jest to, że zmieniają naszą wizję Polski Ludowej.
- Na pewnych etapach szef MSW Mieczysław Moczar potrafił gromadzić wokół siebie grono prawdziwych intelektualistów.
- Dla Moczara, starego bezpieczniaka, musiało być jasne, że gdyby 10 lat wcześniej miał nieszczęście samemu dostać się w ręce „Szarego”, dostałby od niego kulę w łeb.
Obraz to rozpowszechniony. Ale w ciągu ostatnich kilku lat kilku autorów zdołało nadwątlić moje przekonanie, że to dobrze oddający ówczesną rzeczywistość obraz. Mowa o Pawle Machcewiczu (autorze monografii „grupy partyzantów” Mieczysława Moczara), Michale Przeperskim (biografia Mieczysława Franciszka Rakowskiego) i Bartłomieju Kapicy (biografia Władysława Bieńkowskiego). To różni autorzy, i różni są ich bohaterowie. Ale wspólną cechą ich książek jest to, że zmieniają naszą wizję Polski Ludowej.
W jaką stronę? Mówiąc ogólnie – w barwniejszą. I jeszcze bardziej, niż nam się wydawało, odmienną niż inne, jak to się wtedy mówiło, baraki obozu socjalistycznego.
Bo czy Państwo potrafią wyobrazić sobie na przykład wyższych oficerów policji politycznej NRD, Bułgarii czy Czechosłowacji zastanawiających się, czy spędzającego im sen z powiek ważnego dysydenta nie dałoby się zneutralizować za pomocą… nie, nie pobicia, nie pozbawienia środków do życia, nie zaszantażowania czymś, tylko za pomocą… przekierowania jego uwagi na będący przedmiotem jego zainteresowań niepolityczny przedmiot, ułatwienia mu badań nad nim i udostępnienia, w tamtej rzeczywistości reglamentowanych, zachodnich źródeł dotyczących tego tematu? Ja nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić. Natomiast w PRL-u – tak właśnie się stało.
- Zwalnianie doświadczonych pracowników, często rotacje, krótkie umowy. Funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei chcą zmian
- Sprawa Gizeli Jagielskiej: Skuteczna presja normalsów
- Incydent w woj. mazowieckim. Pijana para zaatakowała ratownika i policjanta
- [wywiad] 20. rocznica Polskiej Sekcji PKWP. Ks. Jan Żelazny: Mamy być głosem tych, którzy tego głosu nie mają
- Tych akt Epsteina nie opublikowano. Dowodzą, że oprawcy z elity mordowali i okaleczali swoje ofiary
Konkretnie – nad tym debatowano w MSW, próbując na początku lat 70. ograniczyć opozycyjną aktywność Władysława Bieńkowskiego. Oczywiście – Bieńkowski, były wysoko postawiony działacz PPR i PZPR, były minister – to nie był „zwykły” dysydent. Ale również jego odpowiednika wszędzie poza PRL-em próbowano by wdeptać w ziemię albo chociaż zmusić do emigracji. A w PRL zastanawiano się nad odwróceniem jego uwagi za pomocą udostępnienia mu badań dotyczących najnowszych prądów w socjologii amerykańskiej…
Nie tylko o baby i wino
Że „partyzanci” i osobiście Mieczysław Moczar to były diabły wcielone, próbujące ustanowić w PRL-u jakiś rodzaj komunistycznego faszyzmu, a przede wszystkim – tępi i antyinteligenccy obskuranci, to wie w Polsce każdy. Wie, że samemu Moczarowi nie chodziło o nic prócz władzy, a poza nią już tylko o „baby, śpiewy, wino”, jak wszechwładnego ministra spraw wewnętrznych podsumował niegdyś Janusz Szpotański.
Każdy więc zdziwi się, gdy przeczyta, że na pewnych etapach szef MSW potrafił gromadzić wokół siebie (jednych – naprawdę politycznie wokół siebie, a innych – przynajmniej przy okazji pewnych konkretnych imprez, działań) grono prawdziwych intelektualistów. W tym i takich, którzy później sami zapomnieli o tym, że wchodzili w jakieś komeraże z tym Wielkim Szatanem, a w każdym razie wiele by dali, żeby wszyscy o tym zapomnieli. Krzysztof Teodor Toeplitz (z pochodzenia Żyd…), Jan Szczepański, Xawery Dunikowski, Jerzy Szaniawski (ten wręcz uczynił na rzecz Moczara zapis testamentalny), w pewnym zakresie Artur Międzyrzecki, Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, Henryk Bereza, Arnold Słucki (z pochodzenia Żyd) – to tylko niektóre, te bardziej nieoczekiwane, nazwiska.
A jeśli do tego dodamy, że Moczar szukał kontaktu – i co najmniej raz dyskretnie się spotkał – z samym Leszkiem Kołakowskim, i że było to już po słynnym wykładzie tego filozofa w 10. rocznicę Października ’56, za który to wykład wyrzucono go z PZPR… to możemy dojść do wniosku, że postać „generała Bagno” (znów ten prześmiewca Szpotański…) była mniej jednoznaczna, niż nam się wydawało. I że jednak chodziło mu chyba o coś więcej niż o „baby, śpiew i wino”.
O coś więcej, bo Moczarowi ewidentnie zdarzało się wychylać poza granice poprawności, które obowiązywały na danym etapie istnienia polskiego państwa komunistycznego. I – co ważniejsze – zdarzało to mu się również wtedy, kiedy jeszcze nie był wszechwładnym szefem MSW.
Dużo mówiąca jest tu historia rehabilitacji legendarnego pułkownika Antoniego Hedy „Szarego”, który w 1945 roku rozbił więzienie UB w Kielcach, potem dostał za to karę śmierci zamienioną na dożywocie. Heda wyszedł na wolność w 1956 roku na skutek – jak mówił „numer dwa” po Gomułce Zenon Kliszko – przede wszystkim starań Moczara. Dlaczego ta historia dużo mówi? Bo dla Moczara, starego bezpieczniaka, musiało być jasne, że gdyby 10 lat wcześniej miał nieszczęście samemu wpaść w ręce „Szarego”, dostałby od niego kulę w łeb. Potrafił wznieść się ponad tę świadomość. I to, powtórzmy, będąc wprawdzie już na mapie PZPR postacią wracającą do znaczenia, ale daleką jeszcze od pozycji jednej z pierwszych osób w państwie, mogącej sobie pozwolić na fanaberie w poczuciu, że nie zostanie za nie przez nieżyczliwych towarzyszy rozliczony.
Generalnie w rehabilitację nie tylko akowców jako jednostek, ale też próbę budowy mostów ideowych między nimi a obozem PRL angażował się wcześniej i głębiej, niż bylibyśmy skłonni sądzić. Już w 1956 roku był pod tym względem w ścisłej awangardzie. Już stojąc na czele łamiącej podziały, powszechnej organizacji weteranów, Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, był przedmiotem niechęci co bardziej zakamieniałych kombatantów komunistycznych – za „akowskie odchylenie”.
Rosjanom nic nie zawdzięczamy
Wylansowana przez Moczara „partyzancka” wizja polskiej II wojny światowej sugerowała absurdalnie wielkie rozmiary krajowego czynu zbrojnego i jego domniemany ogromny wpływ na przebieg walk frontowych. Dziś tego rodzaju elukubracje moczarowskich propagandzistów historycznych czyta się z zażenowaniem. A przecież nie sposób uciec od refleksji, że ta groteskowa przesada niosła ze sobą niewypowiedziane przesłanie: sami Polacy wyzwolili Polskę.
Przesłanie z jednej strony z gatunku alternatywnych rzeczywistości, ale z drugiej strony realnie niepodległościowe, antyradzieckie – no bo jeśli wyzwoliliśmy się prawie sami, a nasze niezliczone partyzanckie brygady, alowskie i akowskie, tak strasznie samodzielnie gromiły Niemców – to znaczy, że – nie przesadzajmy – nie mamy towarzyszom radzieckim aż tak wiele do zawdzięczenia. W połączeniu z faktem, że kult czynu partyzanckiego zawierał w sobie najpierw niedopowiedziany, ale później już dopowiedziany ładunek dystansu wobec „towarzyszy, którzy przyszli tu ze Wschodu w szarych mundurach”, tworzyło to płaszczyznę ideowo-polityczną, alternatywną do komunistycznej.
Zaś ówcześni przeciwnicy Moczara, potem i w dużej mierze jeszcze dziś uważani za oświeconych liberałów zachodniego typu, atakowali wówczas i jego, i wzbierające przez lata 60. kampanie „partyzanckiego” patriotyzmu za pomocą argumentacji klasycznie komunistyczno-leninowskiej. Za pomocą oskarżeń o rehabilitowanie Polski kapitalistycznej. O zacieranie podziałów klasowych i dezawuowanie klasowych ocen historii, lansowanie „solidaryzmu narodowego”, „głoszenie jakiejś wspólnoty losów narodu” (Mieczysław Rakowski do Władysława Gomułki). O pomniejszanie roli, odegranej w wyzwoleniu Polski przez Armię Radziecką. O akceptowanie tradycyjnej wersji narodowej historii, co musi doprowadzić do „wychowania nacjonalisty starego formatu”, bo „na Sienkiewiczu, Matejce i «Kamieniach na szaniec» nie wychowa się żołnierza Paktu Warszawskiego” (Kazimierz Koźniewski w artykule „Polityki”). O tym też – wychowani w narracji o dobrych liberałach, z pozycji ideowo zachodnich broniących resztek zdrowego rozsądku przed obrzydliwymi nacjonalistami – najczęściej nie wiemy, nawet jeśli interesujemy się historią.
Luneta w przyszłość?
Wreszcie – nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak dużo działo się wtedy w życiu intelektualnym, będącym wówczas formą polityki. Jak potężne były w tych latach, odbywające się w warunkach cenzury, polemiki prasowe dotyczące najpoważniejszych spraw ideowych (bezpośrednio narracji „partyzantów” i pokrewnie – kampanii przeciw „znieważającym narodowe świętości szydercom” i odwrotnie – przeciw „bohaterszczyźnie” mającej cechować polskie podejście do polityki i historii). I jak dużo z rzeczywistości rozumiały zaangażowane w nie strony: narodowo-partyzancka, „liberalna” i ta trzecia – czyli partyjne centrum skupione wokół Gomułki.
Chodzi o rozumienie ówczesnej rzeczywistości, ale też szerszej rzeczywistości – tego, czego częścią były ówczesne spory. Do czego w ostatecznym rozrachunku prowadziły. Tu dwa cytaty, i niech one spointują ten tekst. Pułkownik Zbigniew Załuski, bardzo czytany wtedy „partyzancki” (choć sam nie z partyzantów) autor, rekonstruując model myślenia swoich przeciwników, pisał, że według nich: „Absurdem jest samo istnienie nas wraz z naszą przeszłością i przyszłością, ambicjami i aspiracjami. Gdyby nie było samych pojęć: Polska, polskość, gdyby nie było całego tego zjawiska, nie bylibyśmy Polakami z urodzenia i tradycji, nie mielibyśmy kłopotów. Trzeba tylko zdać sobie z tego dokładnie sprawę – i wyzbyć się świadomie tego, co przeszkadza nam żyć: poczucia przynależności do narodu i poczucia obowiązku wobec niego. Trzeba «wyzwolić się» z polskości”.
I drugi, autorstwa Wojciecha Pomykały, z tego samego obozu: „Ośmieszanie narodowej tradycji ma według tej pedagogiki przyczyniać się do wychowania przyszłego obywatela świata, ma być zgodne z wizją integracji, która toruje sobie coraz pełniej drogę na Wschodzie i Zachodzie”.
Nie sposób pozbyć się wrażenia, że autor tego ostatniego zdania dysponował lunetą pozwalającą zajrzeć w odległą z jego punktu widzenia przyszłość.




