Prof. Zdzisław Krasnodębski: Ani demokratyczna, ani liberalna

Bezradność Polski w przegranym sporze o „praworządność” z UE wynikała nie tylko z nierównowagi sił i braku jednolitej stanowczej strategii z naszej strony, ale także z tego, że Polska nie potrafiła walczyć argumentami prawnymi, zbudować zespołu renomowanych, znanych w świecie prawników, który stanowiłby skuteczną „grupę wypadową” na teren przeciwnika.
Zdzisław Krasnodębski
Zdzisław Krasnodębski / Tygodnik Solidarność / rys. Barbara Sadowska

Co musisz wiedzieć:

  • Philip Manow napisał ważną książkę. „Demokracja liberalna pod lupą”.
  • Chorobą współczesnej nauki jest stadność, szczególnie dotyczy to nauk społecznych.
  • Manow zwraca uwagę, że w przypadku państw należących do UE konflikt między demokracją a liberalizmem zaostrza się, gdyż sądy stały się w nich organami ponadpaństwowymi, poza kontrolą demosu.

 

Wystarczy przypomnieć, kto chwilami reprezentował Polskę przed TSUE i jak naiwne było początkowe wyobrażenie o roli Komisji Weneckiej. Polska nie miała także odpowiedniego wsparcia naukowego – politycy o nie nie zabiegali, nasze uniwersytety są słabe, intelektualnie niemal całkowicie skolonizowane, a „think tanki” w większości finansowane z zewnątrz.

 

Democratic backsliding

Chorobą współczesnej nauki jest stadność, szczególnie dotyczy to nauk społecznych. Nieznający języka, polskich dyskusji i kultury politycznej ani polskiego prawa i konstytucji „badacze” tym chętniej wypowiadali się w alarmistycznym tonie o Polsce. Kongresy rozmaitych stowarzyszeń (klik cytowań) zaczynały się od dramatycznych wezwań ze strony polskich naukowców, by ratować polską demokrację. Był to doskonały środek zapewnienia sobie poklasku. Wyprodukowano tony „naukowych” bzdur na temat „democratic backsliding” w Polsce. Obawiam się niestety, że następne pokolenia badaczy potraktują poważnie te publikacje.

Tylko nieliczni mieli na tyle odwagi, inteligencji i znajomości rzeczy, by nie nadrabiać swoich ewidentnych braków powtarzaniem sloganów i stadnym odruchem. Tym bardziej cieszy, że niedawno ukazał się polski przekład książki Philipa Manowa, niegdyś profesora na Uniwersytecie w Bremie, a teraz na Uniwersytecie w Siegen. Ta książka, nosząca po polsku tytuł „Demokracja liberalna pod lupą”, to znakomity przykład niezależności intelektualnej połączonej z fachowością. Ogólne wnioski, do jakich dochodzi autor, nie będą zapewne czymś nowym dla polskiego czytelnika, który zna teksty wybitnych polskich publicystów prawicowych i śledził polskie debaty. Jej wielka zaleta polega jednak na tym, że podejmuje problem demokracji liberalnej i praworządności na poziomie naukowym, a nie publicystycznym, i to w Niemczech, gdzie odniesienie się ze zrozumieniem do Polski Jarosława Kaczyńskiego i Węgier Viktora Orbána jest czymś zupełnie wyjątkowym. Manow robi to w taki w sposób, z taką znajomością literatury przedmiotu i kompetencją politologiczną, że trudno jest go zdyskwalifikować. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” zaliczyła go niedawno do grupy najwybitniejszych współczesnych myślicieli niemieckich, obdarzając przydomkiem „Nieustraszony”.

W tej książce rozwija on tezę, że po pierwsze – nie mamy do czynienia z kryzysem demokracji, lecz tylko kryzysem demokracji liberalnej, która dopiero od niedawna jest „kanonizowaną” formą demokracji. Ustrój, który się nam obecnie narzuca, nie jest tą „demokracją zachodnią”, do której chcieliśmy wrócić w roku 1989, ukształtował się bowiem dopiero po naszym włączeniu się w „struktury zachodnie”. Jak trafnie zauważa Manow, po 1945 roku tylko jeden kraj na Zachodzie podążył rzekomo powszechną ścieżką rozwoju, prowadzącą do ustanowienia „samodyscyplinującej się demokracji” typu liberalnego, w którym prawo tak bardzo kontroluje politykę: Republika Federalna Niemiec. Niemcy nigdy nie były narodem, który słynąłby z demokratycznych tradycji. Był to kraj, w którym „mieszczaństwo już w XIX wieku powiedziało sobie, po co nam demokracja i parlamentaryzm, skoro mamy rządy prawa”. Niemiecka kultura charakteryzowała się brakiem zaufania do parlamentu, do partii politycznych oraz zasady większościowej, a Trybunał Konstytucyjny uzyskał swoją pozycję w szczególnym kontekście – po katastrofie pierwszego eksperymentu z demokracją w Niemczech w latach 1918–1933 i po klęsce III Rzeszy.

Po drugie – Manow uważa, że to demokracja liberalna przez ekspansję prawa i rozpychanie się sądów w systemie politycznym kosztem parlamentu stworzyła zjawisko zwane populizmem. Jak słusznie pisze: „Konfrontując się z populizmem, liberalizm nie ma wszelako do czynienia ze swoim przeciwnikiem, lecz ze swoim upiorem, z duchem zdławionej przez siebie polityki, któremu zgotował jednak tak piękną, dobrą, tak sprawiedliwą śmierć – le spectre des lois”. O tym, że liberalizm dławi politykę, wiele pisała już Hannah Arendt.

Po trzecie – Manow zwraca uwagę, że w przypadku państw należących do UE konflikt między demokracją a liberalizmem zaostrza się, gdyż sądy stały się w nich organami ponadpaństwowymi, poza kontrolą demosu. Stawką w konflikcie sądy – parlament staje się wtedy narodowa suwerenność. Autor zwraca również uwagę, że tak zwane wartości europejskie są świeżej daty. Nie przypadkiem tzw. kryteria kopenhaskie wymyślono dopiero w 1993 roku. W 1957 roku nie mogło być mowy o „zagwarantowaniu praw człowieka”, gdyż Francuzi nie przestrzegali ich w Algierii, Belgowie w Kongu, a Włosi w Somalii, która była ich terytorium powierniczym. W preambule traktatów rzymskich pojawiły się tylko dwa „mgliste odniesienia” do Karty Narodów Zjednoczonych, czyli do zasady równouprawnienia i prawa samostanowienia narodów po to, by nie ponosić współodpowiedzialności za kolonie francuskie.

Nie zapominajmy, że integrację europejską zaczęły upadłe lub upadające imperia kolonialne, które chciały sobie w ten sposób zrekompensować utratę znaczenia w świecie, oraz „resztówka” po upadłej III Rzeszy – Republika Bońska.

 

„Konstytucjonalizm transformacyjny”

Nic lepiej nie pokazuje istoty sporu o demokrację liberalną jak transformacja 2.0, jak nazwano proces, który ma przywracać „demokrację liberalną”, w krajach, które ją rzeczywiście lub rzekomo zakwestionowały. W książce na ten temat, której redaktorem był między innymi Adam Bodnar, większość autorów twierdzi, że w imię „wyzwolenia od demokracji nieliberalnej” można zawiesić stosowanie obowiązującego prawa, zlekceważyć legalne instytucje. Można również zignorować obowiązującą konstytucję, odwołując się do nadrzędnych wartości, głoszonych przez konstytucjonalizm.

 

Trzeba odejść od legalizmu prawnego, choćby dlatego że ustrojom uznawanym za „autorytaryzm elektoralny” nie można odmówić praworządności pod względem formalnym.

 

Przyznaje się tym samym, że w sporze z państwami należącymi do UE, które oskarżono o odejście od demokracji liberalnej, nie chodziło o praworządność w ogóle, lecz praworządność w pewnym szczególnym znaczeniu. Teraz potrzebny jest już nie zwykły konstytucjonalizm, lecz „konstytucjonalizm transformacyjny”, jak twierdzi znany niemiecki specjalista od prawa międzynarodowego Armin von Bogdandy (pochodzenia węgierskiego, co tłumaczy jego gorliwość). Według niego sądy mają stać się czynnikiem transformacji – nie tylko prawnej, nie tylko politycznej, lecz także społecznej. Wzorem ma być działalność Federalnego Trybunału Konstytucyjnego, który liberalizował powojenne Niemcy, czyniąc z dawnych nazistów liberałów i demokratów. Analiza Manowa pokazuje jasno, że demokracja liberalna w swoim rozkwicie nie jest i nie może być szczególnie demokratyczna. Choć bowiem nie ma demokracji bez pewnej dozy liberalizmu, nie ma jej również tam, gdzie liberalizm dławi politykę.

Książkę Manowa wydał poznański Instytut Zachodni (podobnie jak inne ważne książki odważnych niemieckich autorów: o sieciach prorosyjskich w Niemczech, o dyskryminacji Niemców Wschodnich, o niezałatwionej sprawie reparacji dla Polski i Grecji). W latach 2015–2023 niektórym politykom PiS nie podobało się, że Instytut ten nie unikał dysput z Niemcami, a jego dyrektor Justyna Schulz nawet znała język niemiecki. Obecnemu rządowi żadne analizy polityki niemieckiej ani żadne książki nie są potrzebne. Nie należy się więc spodziewać, ażeby Instytut Zachodni miał kontynuować swoją cenną działalność. Zapewne pogrążony jest w marazmie i prowincjonalności, jak cały nasz kraj.


 

POLECANE
Biały Dom: Trump nie weźmie udziału w tegorocznej konferencji CPAC z ostatniej chwili
Biały Dom: Trump nie weźmie udziału w tegorocznej konferencji CPAC

Prezydent USA Donald Trump nie weźmie udziału w tegorocznej konferencji środowisk konserwatywnych CPAC w Teksasie – przekazał w środę Biały Dom. Oznacza to, że Trump nie spotka się w Dallas z prezydentem RP Karolem Nawrockim, który w sobotę wystąpi na konferencji.

Samuel Pereira: Ten proces, to Wasz proces, Koalicjo Obywatelska tylko u nas
Samuel Pereira: Ten proces, to Wasz proces, Koalicjo Obywatelska

Mężczyzna spotykał się z dziewczynkami pod pretekstem badań nad wadami postawy. Miał im kazać się rozbierać, dotykać je oraz fotografować. Twierdził, że zdjęcia są po prostu elementem dokumentacji medycznej. Śledczy zajęli się sprawą po tym, jak matka jednej z ofiar złożyła zawiadomienie. Szefa złotowskiej Platformy Obywatelskiej i działacza sportowego Piotra P. zatrzymano pod zarzutem pedofilii 1 grudnia 2023 roku.

Copa-Cogeca: Ustępstwa poczynione przez KE wobec Australii są nie do przyjęcia z ostatniej chwili
Copa-Cogeca: Ustępstwa poczynione przez KE wobec Australii są nie do przyjęcia

„Ogłoszenie zawarcia umowy o wolnym handlu między UE a Australią w Canberze przez przewodniczącą Komisji Europejskiej von der Leyen i premiera Australii Albanese budzi liczne i poważne obawy dotyczące europejskiego rolnictwa, które jest wyraźnie i po raz kolejny kartą przetargową strategii UE mającej na celu zabezpieczenie szerszych celów handlowych i politycznych” – stwierdzają Copa-Cogeca.

Uzależniła się od mediów internetowych. Meta i YouTube mają jej wypłacić 3 mln dol. z ostatniej chwili
Uzależniła się od mediów internetowych. Meta i YouTube mają jej wypłacić 3 mln dol.

Ława przysięgłych w sądzie w Los Angeles uznała, że Meta i YouTube są odpowiedzialne za szkody dla zdrowia psychicznego 20-letniej kobiety, która oskarżyła je o przyczynienie się do uzależnienia, kiedy była dzieckiem. Firmy mają wypłacić kobiecie 3 mln dol. odszkodowania.

Biały Dom: Trump rozpęta piekło, jeśli Iran nie zawrze porozumienia z ostatniej chwili
Biały Dom: Trump "rozpęta piekło", jeśli Iran nie zawrze porozumienia

– Jeśli Iran nie zawrze porozumienia i nie zrozumie, że został pokonany, prezydent Donald Trump gotowy jest rozpętać piekło – zapowiedziała rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt. Potwierdziła, że doniesienia o 15-punktowej propozycji USA są tylko częściowo prawdziwe.

Warszawa przegrała konkurs na siedzibę Urzędu Celnego UE z ostatniej chwili
Warszawa przegrała konkurs na siedzibę Urzędu Celnego UE

W środę Parlament Europejski i Rada UE podjęły decyzję o utworzeniu przyszłego Urzędu Celnego UE w Lille we Francji. O lokalizację unijnej instytucji ubiegała się Warszawa.

Nawrocki odpowiedział Tuskowi zdjęciem. W sieci zawrzało z ostatniej chwili
Nawrocki odpowiedział Tuskowi zdjęciem. W sieci zawrzało

Węgry zapowiadają zakręcanie kurka z gazem dla Ukrainy. Donald Tusk postanowił powiązać tę decyzję z niedawną wizytą Karola Nawrockiego na Węgrzech. Polski prezydent odpowiedział mu zdjęciem.

Sławomir Nowak złożył zawiadomienie na prokuratora, który wcześniej stawiał mu zarzuty z ostatniej chwili
Sławomir Nowak złożył zawiadomienie na prokuratora, który wcześniej stawiał mu zarzuty

Jak poinformował TVN24, Sławomir Nowak złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia serii przestępstw przez prokuratora Jana Drelewskiego, który prowadził śledztwa przeciwko niemu.

ZUS wydał pilny komunikat z ostatniej chwili
ZUS wydał pilny komunikat

ZUS zapowiada poradnik dla kobiet w ciąży i uruchamia specjalny adres mailowy dla przyszłych mam. Instytucja podkreśla też, że nadal prowadzi kontrole zgodnie z obowiązującymi przepisami.

ONZ: Konflikt USA i Izraela z Iranem wymyka się spod kontroli z ostatniej chwili
ONZ: Konflikt USA i Izraela z Iranem wymyka się spod kontroli

Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres oświadczył w środę, że konflikt na Bliskim Wschodzie wymyka się spod kontroli i może się rozwinąć w jeszcze większą wojnę. Wezwał też USA i Izrael do zakończenia tego konfliktu zbrojnego, a Iran - do zaprzestania ataków na inne kraje.

REKLAMA

Prof. Zdzisław Krasnodębski: Ani demokratyczna, ani liberalna

Bezradność Polski w przegranym sporze o „praworządność” z UE wynikała nie tylko z nierównowagi sił i braku jednolitej stanowczej strategii z naszej strony, ale także z tego, że Polska nie potrafiła walczyć argumentami prawnymi, zbudować zespołu renomowanych, znanych w świecie prawników, który stanowiłby skuteczną „grupę wypadową” na teren przeciwnika.
Zdzisław Krasnodębski
Zdzisław Krasnodębski / Tygodnik Solidarność / rys. Barbara Sadowska

Co musisz wiedzieć:

  • Philip Manow napisał ważną książkę. „Demokracja liberalna pod lupą”.
  • Chorobą współczesnej nauki jest stadność, szczególnie dotyczy to nauk społecznych.
  • Manow zwraca uwagę, że w przypadku państw należących do UE konflikt między demokracją a liberalizmem zaostrza się, gdyż sądy stały się w nich organami ponadpaństwowymi, poza kontrolą demosu.

 

Wystarczy przypomnieć, kto chwilami reprezentował Polskę przed TSUE i jak naiwne było początkowe wyobrażenie o roli Komisji Weneckiej. Polska nie miała także odpowiedniego wsparcia naukowego – politycy o nie nie zabiegali, nasze uniwersytety są słabe, intelektualnie niemal całkowicie skolonizowane, a „think tanki” w większości finansowane z zewnątrz.

 

Democratic backsliding

Chorobą współczesnej nauki jest stadność, szczególnie dotyczy to nauk społecznych. Nieznający języka, polskich dyskusji i kultury politycznej ani polskiego prawa i konstytucji „badacze” tym chętniej wypowiadali się w alarmistycznym tonie o Polsce. Kongresy rozmaitych stowarzyszeń (klik cytowań) zaczynały się od dramatycznych wezwań ze strony polskich naukowców, by ratować polską demokrację. Był to doskonały środek zapewnienia sobie poklasku. Wyprodukowano tony „naukowych” bzdur na temat „democratic backsliding” w Polsce. Obawiam się niestety, że następne pokolenia badaczy potraktują poważnie te publikacje.

Tylko nieliczni mieli na tyle odwagi, inteligencji i znajomości rzeczy, by nie nadrabiać swoich ewidentnych braków powtarzaniem sloganów i stadnym odruchem. Tym bardziej cieszy, że niedawno ukazał się polski przekład książki Philipa Manowa, niegdyś profesora na Uniwersytecie w Bremie, a teraz na Uniwersytecie w Siegen. Ta książka, nosząca po polsku tytuł „Demokracja liberalna pod lupą”, to znakomity przykład niezależności intelektualnej połączonej z fachowością. Ogólne wnioski, do jakich dochodzi autor, nie będą zapewne czymś nowym dla polskiego czytelnika, który zna teksty wybitnych polskich publicystów prawicowych i śledził polskie debaty. Jej wielka zaleta polega jednak na tym, że podejmuje problem demokracji liberalnej i praworządności na poziomie naukowym, a nie publicystycznym, i to w Niemczech, gdzie odniesienie się ze zrozumieniem do Polski Jarosława Kaczyńskiego i Węgier Viktora Orbána jest czymś zupełnie wyjątkowym. Manow robi to w taki w sposób, z taką znajomością literatury przedmiotu i kompetencją politologiczną, że trudno jest go zdyskwalifikować. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” zaliczyła go niedawno do grupy najwybitniejszych współczesnych myślicieli niemieckich, obdarzając przydomkiem „Nieustraszony”.

W tej książce rozwija on tezę, że po pierwsze – nie mamy do czynienia z kryzysem demokracji, lecz tylko kryzysem demokracji liberalnej, która dopiero od niedawna jest „kanonizowaną” formą demokracji. Ustrój, który się nam obecnie narzuca, nie jest tą „demokracją zachodnią”, do której chcieliśmy wrócić w roku 1989, ukształtował się bowiem dopiero po naszym włączeniu się w „struktury zachodnie”. Jak trafnie zauważa Manow, po 1945 roku tylko jeden kraj na Zachodzie podążył rzekomo powszechną ścieżką rozwoju, prowadzącą do ustanowienia „samodyscyplinującej się demokracji” typu liberalnego, w którym prawo tak bardzo kontroluje politykę: Republika Federalna Niemiec. Niemcy nigdy nie były narodem, który słynąłby z demokratycznych tradycji. Był to kraj, w którym „mieszczaństwo już w XIX wieku powiedziało sobie, po co nam demokracja i parlamentaryzm, skoro mamy rządy prawa”. Niemiecka kultura charakteryzowała się brakiem zaufania do parlamentu, do partii politycznych oraz zasady większościowej, a Trybunał Konstytucyjny uzyskał swoją pozycję w szczególnym kontekście – po katastrofie pierwszego eksperymentu z demokracją w Niemczech w latach 1918–1933 i po klęsce III Rzeszy.

Po drugie – Manow uważa, że to demokracja liberalna przez ekspansję prawa i rozpychanie się sądów w systemie politycznym kosztem parlamentu stworzyła zjawisko zwane populizmem. Jak słusznie pisze: „Konfrontując się z populizmem, liberalizm nie ma wszelako do czynienia ze swoim przeciwnikiem, lecz ze swoim upiorem, z duchem zdławionej przez siebie polityki, któremu zgotował jednak tak piękną, dobrą, tak sprawiedliwą śmierć – le spectre des lois”. O tym, że liberalizm dławi politykę, wiele pisała już Hannah Arendt.

Po trzecie – Manow zwraca uwagę, że w przypadku państw należących do UE konflikt między demokracją a liberalizmem zaostrza się, gdyż sądy stały się w nich organami ponadpaństwowymi, poza kontrolą demosu. Stawką w konflikcie sądy – parlament staje się wtedy narodowa suwerenność. Autor zwraca również uwagę, że tak zwane wartości europejskie są świeżej daty. Nie przypadkiem tzw. kryteria kopenhaskie wymyślono dopiero w 1993 roku. W 1957 roku nie mogło być mowy o „zagwarantowaniu praw człowieka”, gdyż Francuzi nie przestrzegali ich w Algierii, Belgowie w Kongu, a Włosi w Somalii, która była ich terytorium powierniczym. W preambule traktatów rzymskich pojawiły się tylko dwa „mgliste odniesienia” do Karty Narodów Zjednoczonych, czyli do zasady równouprawnienia i prawa samostanowienia narodów po to, by nie ponosić współodpowiedzialności za kolonie francuskie.

Nie zapominajmy, że integrację europejską zaczęły upadłe lub upadające imperia kolonialne, które chciały sobie w ten sposób zrekompensować utratę znaczenia w świecie, oraz „resztówka” po upadłej III Rzeszy – Republika Bońska.

 

„Konstytucjonalizm transformacyjny”

Nic lepiej nie pokazuje istoty sporu o demokrację liberalną jak transformacja 2.0, jak nazwano proces, który ma przywracać „demokrację liberalną”, w krajach, które ją rzeczywiście lub rzekomo zakwestionowały. W książce na ten temat, której redaktorem był między innymi Adam Bodnar, większość autorów twierdzi, że w imię „wyzwolenia od demokracji nieliberalnej” można zawiesić stosowanie obowiązującego prawa, zlekceważyć legalne instytucje. Można również zignorować obowiązującą konstytucję, odwołując się do nadrzędnych wartości, głoszonych przez konstytucjonalizm.

 

Trzeba odejść od legalizmu prawnego, choćby dlatego że ustrojom uznawanym za „autorytaryzm elektoralny” nie można odmówić praworządności pod względem formalnym.

 

Przyznaje się tym samym, że w sporze z państwami należącymi do UE, które oskarżono o odejście od demokracji liberalnej, nie chodziło o praworządność w ogóle, lecz praworządność w pewnym szczególnym znaczeniu. Teraz potrzebny jest już nie zwykły konstytucjonalizm, lecz „konstytucjonalizm transformacyjny”, jak twierdzi znany niemiecki specjalista od prawa międzynarodowego Armin von Bogdandy (pochodzenia węgierskiego, co tłumaczy jego gorliwość). Według niego sądy mają stać się czynnikiem transformacji – nie tylko prawnej, nie tylko politycznej, lecz także społecznej. Wzorem ma być działalność Federalnego Trybunału Konstytucyjnego, który liberalizował powojenne Niemcy, czyniąc z dawnych nazistów liberałów i demokratów. Analiza Manowa pokazuje jasno, że demokracja liberalna w swoim rozkwicie nie jest i nie może być szczególnie demokratyczna. Choć bowiem nie ma demokracji bez pewnej dozy liberalizmu, nie ma jej również tam, gdzie liberalizm dławi politykę.

Książkę Manowa wydał poznański Instytut Zachodni (podobnie jak inne ważne książki odważnych niemieckich autorów: o sieciach prorosyjskich w Niemczech, o dyskryminacji Niemców Wschodnich, o niezałatwionej sprawie reparacji dla Polski i Grecji). W latach 2015–2023 niektórym politykom PiS nie podobało się, że Instytut ten nie unikał dysput z Niemcami, a jego dyrektor Justyna Schulz nawet znała język niemiecki. Obecnemu rządowi żadne analizy polityki niemieckiej ani żadne książki nie są potrzebne. Nie należy się więc spodziewać, ażeby Instytut Zachodni miał kontynuować swoją cenną działalność. Zapewne pogrążony jest w marazmie i prowincjonalności, jak cały nasz kraj.



 

Polecane