Wiesenthal – czyli łowca nazistów
Co musisz wiedzieć:
- Szymon Wiesenthal najsłynniejszy na świecie łowca nazistów do końca życia tropił ich we wszystkich zakątkach świata
- Największym sukcesem łowcy nazistów Szymona Wiesenthala było to, że przed izraelskim sądem stanął Adolf Eichmann.
- Wiesenthal współpracował z Armią Krajową, której miał przekazać np. tajne plany uruchomienia zastępczych pieców w razie sabotażu.
Ten dobiegający sześćdziesiątki mężczyzna, gdy tylko wysiadł z samolotu, stwierdził z rozbrajającą szczerością: „Cieszę się, że znów słyszę niemieckie dźwięki i znów widzę wspaniały niemiecki krajobraz”.
Dwie dekady wcześniej, gdy zakończyła się II wojna światowa, ten sam człowiek miał jedno marzenie – nie pragnął niczego więcej, jak zacząć wszystko od nowa otoczony rodziną, którą kochał. Franz Stangl, bo tak się nazywał tenże podróżny, musiał jednak uciekać z Europy. Początkowo wydawało się to nierealne, jednak chociaż amerykański wywiad wiedział o jego stanowisku w obozach zagłady w Sobiborze i Treblince, w roku 1947 przekazał go Austriakom, a ci umieścili go w więzieniu, z którego… po prostu wyszedł. Skorzystał z tzw. watykańskiego szlaku i przez Rzym trafił do Syrii, skąd pod własnym nazwiskiem przybył z rodziną do Brazylii. Był 1951 r. Jak pisze autorka jego biografii – Gitta Sereny, Stanglowie „na miejscu mieszkali i pracowali pod własnym nazwiskiem”. Stangl zarabiał na życie w fabryce Volkswagena.
W marcu 1942 r. człowiek ten został komendantem obozu zagłady w Sobiborze, a sześć miesięcy później w Treblince. Pod koniec tego samego roku ambasada polska przekazała do papieskiego sekretariatu stanu list, w którym pisano m.in. „Niemcy likwidują w Polsce całą ludność żydowską. Najpierw zabierani są ludzie starzy, kaleki, kobiety i dzieci, co dowodzi, że nie chodzi tu o deportacje do obozów pracy przymusowej. Fakt ten potwierdza raczej informacje, że ludzie ci są deportowani do miejsc ze specjalnymi urządzeniami, gdzie uśmierca się ich, stosując różne metody…”.
- Członkowie EPL ukarani za próbę odwołania Ursuli von der Leyen
- Władze Kostrzyna uczciły rocznicę urodzin kata polskiej niepodległości
- Słowa Trumpa wywołały burzę. Ambasador USA w Polsce reaguje
- Zwolnienia w Adient Poland w Skarbimierzu. Pracę straci aż 450 osób?
- [Heweliusz] Kino katastroficzne jako opowieść o państwie
Człowiekiem, który przyczynił się do zatrzymania Franza Paula Stangla, był Szymon Wiesenthal, który swoją działalnością zyskał przydomek „łowcy nazistów”.
Gdy 28 lutego 1967 r. brazylijska policja złapała byłego Hauptsturmführera SS, ten miał odetchnąć z ulgą i powiedzieć do funkcjonariuszy: „Myślałem, że panowie są z Izraela”.
Przed sądem Stangl bronił się, mówiąc, że „wykonywał jedynie swój obowiązek”. Pod koniec 1970 r. został skazany na dożywotnie więzienie. Zmarł pół roku później. Był jednym z setek zbrodniarzy, którzy dzięki Wiesenthalowi stanęli przed wymiarem sprawiedliwości.
Stalin i Hitler byli siebie warci
Szymon Wiesenthal nie był z Izraela, urodził się w Buczaczu na dzisiejszej Ukrainie, mieście, które przed wojną leżało w granicach Polski. Gdy III Rzesza z ZSRS zaatakowali Rzeczpospolitą, Wiesenthal był mieszkańcem polskiego Lwowa. W mieście opanowanym przez Sowietów szybko rozlały się strach i terror. Wiesenthal, jako ten, który poznał dwa największe i zbrodnicze socjalistyczne totalitaryzmy (narodowy i komunistyczny), mówił po latach, na przekór lewicowym ideologom i propagandystom: „Stalin i Hitler byli siebie warci i nie wiadomo, który z nich był większym zbrodniarzem”.
Gdy Niemcy weszli do Lwowa, a na ulicach miasta rozgrywały się dantejskie sceny, Szymon i jego żona Cyla nie wychodzili z mieszkania, a to, co się działo na zewnątrz, widzieli z okien. Zobaczyli m.in., jak Niemcy i Ukraińcy wypędzają ludzi z mieszkań, biją ich i poniżają. Widzieli też niemieckiego operatora z kamerą, który skrupulatnie to wszystko nagrywał na taśmę filmową. Pierwszy Niemiec, którego Wiesenthalowie spotkali podczas tamtej wojny, wpadł do ich mieszkania z prostytutką, której kazał wybrać dla siebie wszystko, co jej się spodoba spośród ubrań Cyli. Ona zabrała, co chciała, i wyszli. Dwa dni później dwóch Niemców i jeden Ukrainiec wyciągnęli Wiesenthala z mieszkania i ten, razem z innymi mężczyznami, trafił do fabryki, gdzie musieli przenosić ciężkie stalowe płyty z czołgów. O tym, jak zachowywali się Ukraińcy podczas jednej i drugiej okupacji, Wiesenthal pisał w swoich wspomnieniach „Prawo, nie zemsta”:
„Ukraińcy w zdumiewająco szybkim tempie przeszli na stronę Niemców i współdziałali z nimi. Szczególnie policja ukraińska, po wkroczeniu wojsk niemieckich do Galicji w końcu czerwca, na początku lipca odegrała nikczemną rolę. Większość tych ludzi służyła już poprzednio w milicji sowieckiej…”
Do końca roku 1942 wszyscy Żydzi musieli przeprowadzić się do getta. Wiesenthal, będąc absolwentem Politechniki Praskiej, pracował w warsztatach kolejowych. W relacji złożonej w Yad Vashem mówił po latach, że współpracował wtedy z Armią Krajową, której miał przekazać np. tajne plany uruchomienia zastępczych pieców w razie sabotażu. Jesienią 1943 r. Wiesenthal uciekł z kolegą na tzw. aryjską stronę i zaczął się ukrywać, żona już wcześniej zdecydowała się na życie poza gettem.
13 czerwca 1944 r. kryjówka, w której ukrywał się Wiesenthal, została odkryta. W niemieckim więzieniu najbardziej bał się tortur, dlatego próbował popełnić samobójstwo – raz przy pomocy żyletki, innym razem sznura. Po sowieckim bombardowaniu niektórym więźniom udało się uciec, ale nie Wiesenthalowi, którego przewieziono do obozu przy ul. Janowskiej we Lwowie. Po raz kolejny próbował uciec, ale znowu udało się to innym, nie jemu. Esesmani jednak darowali mu życie i Wiesenthal ruszył w kolumnie ewakuowanych więźniów na zachód. Po drodze któryś z esesmanów zapytał go, co by opowiedział o obozach koncentracyjnych, gdyby w jakiś sposób ocalał i znalazł się w Stanach Zjednoczonych. Polski Żyd odpowiedział, że prawdę, co Niemiec skwitował ze śmiechem słowami: „Oni pomyślą, że zwariowałeś. Nikt ci nie uwierzy”. Tom Segev, biograf „łowcy nazistów”, pisze, że właśnie wtedy Wiesenthal postanowił, że jeżeli przeżyje, zadba, by cały świat dowiedział się o niemieckich zbrodniach.
Grupa więźniów, w której znalazł się Wiesenthal, przez Płaszów i Gross-Rosen dotarła do obozu Mauthausen. Tam doczekał wyzwolenia przez Amerykanów – był 5 maja 1945 r.
Klement, czyli Eichmann
Wiesenthal nie wrócił do Polski, która znalazła się w sferze sowieckich wpływów, ponieważ znał doskonale ten zbrodniczy system z okupowanego Lwowa, został na Zachodzie. Najpierw współpracował z amerykańskim wywiadem Biurem Studiów Strategicznych (OSS), brał m.in. udział w aresztowaniach esesmanów. Wtedy zbierał też m.in. relacje ocalonych z Holokaustu, dotyczyły one nie tylko niemieckich nazistów. „Latem 1946 r. Żydzi z Tarnowa złożyli u mnie zeznania obciążające funkcjonariusza policji żydowskiej Davida Zimmeta. Pewnego dnia Zimmet zjawił się nagle w moim pokoju i z nożem w ręku ruszył w moją stronę” – pisał po latach „łowca nazistów”. Zamach na życie Wiesenthala jednak się nie udał, tak samo jak ten w 1982 r., gdy Ekkehard Weil, który uciekł z więzienia, podłożył bombę pod domem, w którym mieszkał Wiesenthal.
Gdy OSS zlikwidowano, zajął się poszukiwaniem ukrywających się zbrodniarzy. Robił to do końca życia. Największym jego sukcesem było to, że przed izraelskim sądem stanął Adolf Eichmann. Ten jeden z głównych organizatorów i wykonawców ludobójstwa Żydów uciekł z Europy i ukrywał się w Ameryce Południowej.
11 maja 1960 r. Ricardo Klement wracał z pracy do domu, który mieścił się na przedmieściach Buenos Aires przy ul. Garibaldiego. Nie doszedł do niego, ponieważ w pewnym momencie oślepiły go światła samochodowe i ktoś wciągnął go do auta. Zakneblowany i związany jechał na podłodze samochodu przez czterdzieści pięć minut. W domu agenci izraelskiego Mossadu zaczęli go przesłuchiwać. Za którymś z kolei pytaniem potwierdził w końcu, że nazywa się Adolf Eichmann, a nie Ricardo Klement.
23 maja świat dowiedział się z przemówienia izraelskiego premiera Davida Ben Guriona, że Eichmann jest w Jerozolimie i czeka go proces. Na drugi dzień Wiesenthal właśnie rozmawiał z dziennikarzami, gdy przyszedł do niego telegram z Yad Vashem, w którym znalazło się jedno zdanie: „Serdecznie gratulujemy z okazji błyskotliwego pańskiego sukcesu”.
Przychodzi Forsyth do Wiesenthala
W roku 2020 Instytut Mikołowski im. Rafała Wojaczka wydał „Diabły w deszczu” Marka Hłaski. Tekst nie został skończony, na kilkudziesięciu stronach czytelnik dostaje dosłownie kilka scen, ale każda jest świetna, raz filmowa, innym razem prawie teatralna. Raz ginie zapaśnik nazywany Kapo, a innym razem człowiek, który sprzedawał aspirynę zamiast cyjanku ludziom idącym do gazu. To mogła być dobra powieść.
W ostatniej scenie jeden z bohaterów, dziennikarz, zostaje zainspirowany do napisania książki o mścicielach, którzy najprawdopodobniej stoją za „samobójstwami” nazistów. Tak samo Szymon Wiesenthal zainspirował Fredericka Forsytha do napisania powieści o „Rzeźniku z Rygi”. Petera Millera, głównego bohatera „Akt Odessy”, zainspirował zaś do działania dziennik Salomona Taubera, Żyda wywiezionego z Niemiec na Łotwę. Tauber trafił do getta w Rydze, był więźniem obozów koncentracyjnych, szedł w marszu śmierci – ocalał.
W pierwszym akapicie swojgo dziennika Tauber pisał: „Nie udało mi się zrealizować w moim życiu tego, co zamierzałem – moje wysiłki okazały się daremne, albowiem zło, którego byłem świadkiem, przetrwało i nadal się pleni, dobro zaś obróciło się wniwecz i stało przedmiotem pośmiewiska. Wszyscy moi przyjaciele, którzy cierpieli i byli prześladowani, już nie żyją, a wokół mnie pozostali jedynie prześladowcy”.
Nie udało mi się zrealizować w moim życiu tego, co zamierzałem – moje wysiłki okazały się daremne, albowiem zło, którego byłem świadkiem, przetrwało i nadal się pleni, dobro zaś obróciło się wniwecz
Tak naprawdę dziennik był opowieścią pewnego antykwariusza, z którym Forsyth rozmawiał wiele godzin. „W książce zeznania Samuela Taubera są tymi, które zostały mi opowiedziane, szczegół po szczególe, przy świecach w wiedeńskim antykwariacie. Po prostu przeniosłem Herr Taubera do Hamburga” – wspominał pisarz w swojej autobiografii.
Forsyth, tak jak bohater jego powieści, przyszedł do Wiesenthala, by dowiedzieć się od niego czegoś o „Odessie” – tajnej organizacji pomagającej zbrodniarzom wojennym. Łowca nazistów opowiedział pisarzowi i dziennikarzowi o esesmanie Eduardzie Roschmannie, sadyście o pseudonimie „Rzeźnik z Rygi”, który dzięki „Odessie” ukrywa się w Argentynie. Zarówno Roschmann, jak i Wiesenthal stali się bohaterami jego powieści. Książka została szybko sfilmowana i ma inne zakończenie. Reżyser Ronald Neame tłumaczył, że nie można przez dwie godziny pokazywać widzowi zbrodniarza, a na końcu pozwolić mu uciec.
Jaki był koniec prawdziwego Roschmanna? Pewien Argentyńczyk w 1975 r. obejrzał film i zrozumiał, że prawdziwy Roschmann mieszka na jego ulicy, więc go zadenuncjował. Nazista został aresztowany. Gdy zaczęła się procedura ekstradycji na wniosek Niemiec Zachodnich, były esesman został zwolniony za kaucją i postanowił uciec do Paragwaju. „Dotarł do granicy i czekał na prom przez rzekę Paragwaj, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo – opisywał Forsyth. – Dokładnie na środku rzeki dostał poważnego zawału serca. Świadkowie powiedzieli, że był martwy, zanim uderzył o podłogę, a w tym wypadku o pokład. […] Ponieważ prom odmówił zabrania ciała z powrotem, Paragwajczycy pochowali je w żwirowym nabrzeżu tuż za linią wody. Tak więc dzisiaj kości Rzeźnika z Rygi leżą w nieoznakowanym grobie…”.
Dzięki Wiesenthalowi i Forsythowi świat dowiedział się o Roschmannie i o getcie w Rydze, które Ruth Foster tak wspominała: „Kiedy wysiedliśmy z pociągu, byliśmy zesztywniali, ledwie chodziliśmy, bo było minus dwadzieścia stopni i mnóstwo ludzi miało odmrożenia. […] Ustawiliśmy się w szeregach po pięć osób i kazano nam iść w kierunku getta w Rydze. […] Po drodze stało się coś strasznego. Przed nami szła młoda para mieszkająca niedaleko nas w Lingen. Każde z rodziców miało na rękach dziecko. Podszedł jeden z esesmanów i spytał dziecko, czy lubi cukierki. Kiedy zawstydzone potwierdziło, esesman polecił mu otworzyć buzię. Dziecko posłuchało, a esesman strzelił mu w usta”.
Takich opowieści Wiesenthal znał z pewnością bardzo dużo, niemal do końca życia ich słuchał. Pod koniec lat 90. doprowadził do zatrzymania i postawienia przed sądem byłego esesmana Juliusa Viela, który po wojnie był znanym dziennikarzem. Sąd skazał go w 2001 r. na 12 lat więzienia za zastrzelenie w 1945 roku w czeskich Litomierzycach siedmiu Żydów. Esesman zmarł w kolejnym roku. Był to ostatni niemiecki zbrodniarz skazany dzięki Szymonowi Wiesenthalowi, który zmarł 20 września 2005 r. w wieku 96 lat w swoim domu w Wiedniu.
Jego przyjaciel i współpracownik Peter Michael Lingens napisał, że Wiesenthal jako „łowca Eichmanna” „stał się już za życia czymś w rodzaju niewyświetlonej kliszy – nie człowiekiem, lecz nazwiskiem, które inni wypełniają własnymi emocjami”.




