Bezrobocie. Jeszcze go nie widać, a już jest
Co musisz wiedzieć:
- Oficjalna stopa bezrobocia w Polsce pozostaje niska, ale w wielu województwach i powiatach oddalonych od dużych miast problem bezrobocia jest już bardzo poważny.
- Eksperci alarmują, że rośnie liczba zwolnień w różnych branżach, a jednocześnie drastycznie maleje liczba nowych ofert pracy.
- Ogólnokrajowe statystyki maskują trudną sytuację mniejszych miejscowości, gdzie zamykane zakłady powodują wyludnienie i pogłębiający się kryzys lokalnych rynków pracy.
„Potrzebujemy inwestorów jak deszczu”
Według najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce w listopadzie 2025 r. wyniosła 5,6 proc. i pozostawała na tym samym poziomie, co w październiku 2025 r. – chociaż resort pracy wcześniej szacował, że może wzrosnąć do 5,7 proc. Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy na koniec listopada wyniosła około 873,0–873,6 tys. osób.
Gdy przyjrzymy się statystykom głębiej, okaże się, że bezrobocie jest już problemem nie tylko w niektórych miejscowościach, ale również powiatach, a nawet województwach. W takich województwach jak podkarpackie czy warmińsko-mazurskie stopa bezrobocia sięgała nawet ok. 9 proc., a w zachodniopomorskim ok. 7,5 proc. W takich zaś powiatach jak szydłowiecki w woj. mazowieckim czy brzozowski w woj. podkarpackim bezrobocie oscyluje wciąż wokół 20 proc.
– Trudno jednoznacznie powiedzieć, dlaczego mamy tak wysoki procent. Na pewno to m.in. zmiany ustrojowe z lat 90., gdy w okolicy funkcjonowały ogromne zakłady, a potem upadły. Choćby szydłowiecki Profel, wierzbicka cementownia czy skarżyskie Mesko. Tam pracowała większość naszych mieszkańców. Potem musieli sobie radzić
– tłumaczył w rozmowie z o2.pl Jarosław Basiak, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy.
Inaczej sprawy mają się z powiatem brzozowskim, gdzie bezrobocie wystrzeliło w ostatnich latach.
– Miejsca pracy u nas ciężko utrzymać. Potrzebujemy inwestorów jak deszczu
– mówił dla portalu o2.pl Józef Kołodziej, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Brzozowie, przekonując, że PUP chętnie wesprze działania nowych pracodawców w powiecie.
- Ekspert: Mercosur ma dać Niemcom po zbankrutowaniu rolników swobodę zarządzania głodem
- Ogromne złoża na Bałtyku. „Nie ma cienia wątpliwości”
- Elon Musk ujawni algorytm "X". "Cios między żebra urzędników UE"
- Wojna o wydawcę TVN wkracza na salę sądową. Warner Bros. Discovery z zarzutem braku transparentności
- Groźny pomysł unijnego komisarza da Niemcom militarną kontrolę nad całą UE
- Fatalny dla Putina początek roku. A będzie gorzej
- "Larry, nie rób mi tego". Nieoczekiwany finał wizyty na Downing Street
Niepokojące sygnały
Nie tylko lokalne dane alarmują. Niepokoją także głosy ekspertów i analityków rynku pracy, którzy dostrzegają strukturalne problemy, które nie są od razu widoczne w ogólnym wskaźniku bezrobocia.
– Najbardziej alarmujące jest to, że zwalniają firmy z bardzo różnych sektorów, zlokalizowane w całej Polsce – od IT po produkcję, od dużych korporacji po firmy rodzinne
– powiedziała niedawno Natalia Myskova, prezes Smart Solutions HR, w rozmowie z portalem Bankier.pl, podkreślając, że fala zwolnień grupowych nie dotyczy tylko jednej branży, ale wielu obszarów gospodarki.
Z kolei Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej, w rozmowie z portalem Bankier.pl już w październiku zwrócił uwagę, że problem nie polega jedynie na faktycznym wzroście bezrobocia, ale przede wszystkim na drastycznym spadku nowych ofert pracy:
– Na rynku pracy najbardziej niepokoi nie sam wzrost stopy bezrobocia, ale brak nowych ofert pracy. […] To bardzo niepokojący sygnał
– przekonywał.
Weźmy województwo warmińsko-mazurskie. Jak podawało w październiku RMF, wskaźniki dotyczące dostępności ofert pracy w regionie są alarmujące.
„We wrześniu 2025 roku do urzędów pracy w regionie zgłoszono zaledwie 1,8 tysiąca wolnych miejsc. Oznacza to, że na jedną ofertę przypadało aż 22 bezrobotnych. Szanse na znalezienie pracy są więc niewielkie, a konkurencja – ogromna”
– czytamy.
Prognozy na 2026 rok nie są optymistyczne. Zwiastują to m.in. wysokie bezrobocie wśród młodych, ale również kolejne planowane zwolnienia grupowe. Producent mebli Black Red White już w ubiegłym roku zwolnił ponad 400 osób. W tym ma dobić do 800 zwolnionych. W Fujitsu Tchnology Solutions zwolnienia mają objąć łącznie ponad 830 osób. Zwalniać ma również m.in. Heineken Polska (nawet 700 osób), Ceramika Paradyż czy Zakład Elektroniki Motoryzacyjnej w Ełku. A to tylko kilka przykładów i nawet nie połowa pierwszego miesiąca tego roku.
„Z dnia na dzień tracimy miejsca pracy”
Cofnijmy się jednak jeszcze do ubiegłego roku. Już rok 2025 upłynął bowiem pod znakiem narastającej liczby zwolnień grupowych oraz decyzji o likwidacji całych zakładów pracy, zwłaszcza w mniejszych miastach i regionach o słabszej kondycji gospodarczej. Dane zbierane przez urzędy pracy pokazują, że problem miał charakter systemowy, a nie incydentalny. Zwalniane były nie tylko pojedyncze zespoły, ale całe załogi, często w miejscach, gdzie dany zakład był jednym z największych pracodawców w okolicy.
„Z dnia na dzień tracimy miejsca pracy. Kolejne zwolnienia grupowe, upadłości firm i dramatyczne pogarszanie warunków pracy nie są przypadkiem. To skutek lekceważenia prawdziwego głosu ludzi pracy, który od miesięcy przedstawia NSZZ «Solidarność». Rząd odwrócił się plecami do pracowników. Ignorował sygnały z zakładów, nie reagował na dramaty całych załóg, a zamiast dialogu wybrał milczenie i działania pogłębiające chaos w gospodarce”
– pisali w grudniu przedstawiciele zielonogórskiej Solidarności.
Solidarność zwracała uwagę, że szczególnie dotknięte były branże energochłonne, przemysł drzewny, meblarski oraz część przetwórstwa spożywczego, ale problemy są wszędzie, a małe miasta odczuwają je ze zdwojoną siłą. Rosnące koszty energii, presja płacowa oraz niepewność regulacyjna sprawiały, że część firm decydowała się na zamknięcie działalności zamiast na dalsze inwestowanie w Polsce.
Statystyki maskują prawdziwy obraz
Zamykane zakłady to zwykle dramat dla lokalnej społeczności. To dlatego kolejarze z PKP Cargo tak ostro protestowali przeciwko zamykaniu zakładów w kilku miejscach w Polsce, a niedawno o zamykanych przedsiębiorstwach alarmowali pracownicy m.in. z Myszkowa czy Namysłowa.
Życie mniejszych miejscowości często toczy się wokół jednego lub kilku zakładów pracy, gdy one znikną, na miejscu nie ma dla zwolnionych innej pracy. Trzeba jechać do większych miast, a to często jest trudne, bo lokalna komunikacja kuleje, albo kosztowne. Młodzi najczęściej przeprowadzają się do większych miast. W ten sposób miejscowości wyludniają się i ubożeją jeszcze bardziej. Upadają.
– Jako NSZZ „Solidarność” podkreślamy to nieustannie – statystyki ogólnopolskie często maskują dramatyczną sytuację w mniejszych miejscowościach i na wsiach. Choć w dużych miastach, takich jak Warszawa, Kraków czy Poznań, problem bezrobocia wydaje się marginalny, to w mniejszych ośrodkach sytuacja jest alarmująca. Średnia krajowa w tym przypadku nie oddaje prawdziwego obrazu – dla setek tysięcy Polaków życie codzienne to walka o utrzymanie pracy i godziwych warunków
– mówił niedawno Bartłomiej Mickiewicz, zastępca przewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”.
Związkowcy wskazywali również, że wiele procesów zwolnień grupowych było rozciągniętych w czasie i nie zawsze od razu widocznych w oficjalnych danych. Część firm najpierw nie przedłużała umów czasowych, potem redukowała etaty, a dopiero na końcu ogłaszała formalne zwolnienia grupowe. Brak skutecznych programów osłonowych oraz realnej polityki reindustrializacji sprawił, że wiele regionów weszło w 2026 rok w znacznie gorszej kondycji niż rok wcześniej. A to oznacza, że nawet przy pozornie stabilnej stopie bezrobocia sytuacja na rynku pracy poza największymi aglomeracjami pozostaje krucha.
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]




