Jak polityka ws. Ukraińców ujawniła zapaść NFZ
Co musisz wiedzieć:
- Zdaniem autorki zapaść w polskiej ochronie zdrowia nie wynika z obecności Ukraińców, lecz z wieloletnich zaniedbań systemowych.
- Preferencyjne zasady leczenia i zatrudniania dla uchodźców stworzyły realne poczucie niesprawiedliwości u polskich pacjentów, mimo że były finansowane z oddzielnych środków.
- Coraz silniej wybrzmiewają apele o uporządkowanie zasad pracy lekarzy z Ukrainy i powrót do normalności opartej na jasnych, równych regułach.
Nie trzeba być geniuszem, żeby domyślić się, że cierpiący, chory człowiek, pozbawiony dostępu do opieki zdrowotnej, może nie być w stanie wykrzesać z siebie empatii dla drugiego człowieka – inaczej niż być może byłoby to w sytuacji, gdyby nie odczuwał bólu.
„Walka o numerek”
Nie jest tajemnicą, że atmosfera w poczekalniach do lekarzy bywa nieprzyjemna, a legendarne już „walki o numerek” i powiedzonka: „Ja tylko chcę o coś zapytać” weszły już do języka potocznego. Nie sztuka jednak, będąc człowiekiem w miarę młodym i sprawnym, śmiać się z wyższością ze „starych bab”, które „nie mają co robić, więc chodzą po przychodniach”. Tego rodzaju zachowanie jest być może dla niektórych próbą oswojenia lęku przed własną przemijalnością, starzeniem się, cierpieniem i zależnością od innych. Co do tego mają pacjenci i lekarze z Ukrainy? Wiele. Do istniejących już wcześniej podziałów wśród pacjentów na młodych i starych, na biednych i bogatych, na korzystających z prywatnej służby zdrowia i na skazanych na NFZ doszła kolejna linia podziału – na Polaków i Ukraińców. Świat medyczny stał się zarówno przestrzenią okazywania wielkiego współczucia, empatii i solidarności z pokrzywdzonymi, jak i areną nadużyć, niesprawiedliwości i frustracji. W sytuacji, kiedy emocje sięgają zenitu – a w trakcie choroby, a tym bardziej zagrożenia życia – jest to zrozumiałe, łatwo obwiniać się wzajemnie, zamiast szukać rozwiązań.
- Komunikat Straży Granicznej. Pilne doniesienia z granicy
- KRUS wydał komunikat dla rolników
- Na Placu św. Piotra stanęła choinka
- Łódzkie: 16 tys. gospodarstw domowych bez prądu. PGE wydało komunikat
- Pilne doniesienia z granicy. Komunikat straży granicznej
- PKO BP wydał pilny komunikat dla swoich klientów
- Komunikat dla mieszkańców woj. kujawsko-pomorskiego
- Komunikat dla mieszkańców woj. małopolskiego
- Sąd postanowił: Stanowski ma milczeć o Schnepf. Internauci: Decyzję podjął "neosędzia"
Nasze własne BLM
Po 24 lutego 2022 roku Polska otworzyła granice i serca dla uchodźców zza wschodniej granicy, zapewniając im szerokie wsparcie m.in. w postaci możliwości nieodpłatnego korzystania z opieki medycznej oraz innych świadczeń socjalnych, w tym 800+. Lekarzom z Ukrainy zapewniono preferencyjne warunki pracy, dając im możliwość tymczasowego prawa do wykonywania zawodu bez konieczności nostryfikowania dyplomów, a jedynie na podstawie zgody ministra zdrowia.
Tradycyjna gościnność i ofiarność Polaków objawiła się po rosyjskiej agresji na Ukrainę w swojej najpiękniejszej odsłonie. Pojawiały się także głosy sceptyczne i trzeźwe pytania: „Czy nas na to stać?”, były one jednak zazwyczaj ucinane szantażami emocjonalnymi o braku empatii albo wyświechtanym jak ruska onuca wyzywaniem od tychże. Polska stała się w lutym 2022 roku jedną „Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy”, a Owsiakowe serduszka zastąpiły niebiesko-żółte kokardki. Było to – podobnie jak w przypadku wspierania WOŚP-u – podyktowane najszerszymi odruchami serca, ale także, niestety, pewną dozą naiwności. W efekcie dorobiliśmy się własnego „Black Lives Matter”, kiedy to każdy, kto powiedział coś złego o dowolnym przybyszu zza wschodniej granicy, stawał się automatycznie sojusznikiem Putina – podobnie jak w USA każdy, kto ośmielił się powiedzieć coś na temat przestępstw dokonywanych przez czarnoskórych, dorabiał się łatki zwolennika apartheidu.
Zmiana
Uciszanie zdrowej krytyki (nie mówię tu, rzecz jasna, o hejcie, bo i z nim mamy do czynienia) w imię politycznej poprawności nigdy nie przynosi dobrych owoców. Na szczęście ta bańka pęka, zanim napięcia społeczne nie sięgnęły w Polsce zenitu. W przypadku pacjentów i lekarzy z Ukrainy zaczyna być po prostu normalnie – to znaczy, że kończą się przywileje, a zaczyna zwyczajne życie. Jak mawia ciocia mojej koleżanki:
„Gościem jesteś tylko przez pierwszą dobę, później wspólnie z nami zmywasz, sprzątasz i gotujesz”.
Wielu Ukraińców stosuje zresztą tę zasadę od początku swojego pobytu w Polsce, ucząc się języka i rzetelnie pracując.
Bezpieczna przystań
Jedną z takich osób jest moja rozmówczyni, pani Julia Borysenko, lekarz stomatolog, która przybyła do Polski jako uchodźca wojenny z zajętego przez rosyjskich okupantów miasta Energodar leżącego w południowo-wschodniej części Ukrainy.
– Nigdy nie sądziłam, że będę mieszkać w Polsce, a jednak tak się stało. Uciekłam tutaj przed wojną z dwójką małych dzieci, bliźniaków. Pod swój dach przyjęła mnie Polka, pani Grażyna z Rumi, mieszkałam u niej przez pierwsze trzy miesiące. Dziś jest moją dobrą koleżanką, a moje dzieci kocha jak własne wnuki
– opowiada mi pani Julia.
– W Polsce nauczyłam się języka i zdobyłam dodatkowe kwalifikacje z chirurgii, implantologii i protetyki, 20 lat po ukończeniu studiów musiałam na nowo usiąść do książek i zdać egzaminy. Zdałam też egzamin z języka polskiego, nostryfikowałam dyplom i otworzyłam dwie kliniki stomatologiczne – w Gdańsku i w Gdyni. I chyba wszystko jest już na dobrej drodze do stabilizacji
– mówi lekarka. Większość pacjentów pani Julii to Ukraińcy i Białorusini, zdarzają się także Polacy. Jak podkreśla, w Polsce czuje się dobrze i choć tęskni za swoją ojczyzną, nie sądzi, żeby miała tam do czego wracać.
– Urodziłam się w Azerbejdżanie i potem uciekałam stamtąd przed wojną. Zamieszkałam na Ukrainie, którą też dotknęła wojna. Teraz jestem w Polsce i mam nadzieję, że znalazłam już swoją bezpieczną przystań
– wzdycha pani Julia.
– Ze strony Polaków nie spotkałam się ani razu z żadną dyskryminacją ani nieprzyjemnym zachowaniem
– podkreśla. I mam nadzieję, że tak pozostanie, bo przecież Polska otworzyła granice z myślą dokładnie o takich osobach, jak właśnie pani Julia.
Korupcja
Nie jest jednak tajemnicą – co zresztą pokazuje niedawna afera korupcyjna na szczytach władzy na Ukrainie – że każdy chaos, nie mówiąc już o warunkach wojennych, daje okazję ludziom nieuczciwym do wykorzystywania na swoją korzyść luk prawnych, do żerowania na czyjejś naiwności, krótko mówiąc – do cwaniactwa. I, tak jak chętnie krytykujemy w tej dziedzinie własny naród, nie widzę powodu, żeby idealizować naród ościenny, pod wieloma względami doświadczony podobnym do naszego dziedzictwem – komunizmem, w którym „kombinowanie” stawało się sposobem na przeżycie.
– Stworzono bałagan prawny
– mówił niedawno na konferencji prasowej prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasz Jankowski, apelując do rządu o uporządkowanie kwestii nostryfikowania dyplomów przez lekarzy z Ukrainy.
O ile obwinianie Ukraińców za zapaść chwiejącej się przecież od dawna (a zwłaszcza od czasów covidu) polskiej ochrony zdrowia, jest niesprawiedliwe, o tyle trudno też dziwić się emocjom Polaków, którzy choć latami płacili niemałe przecież składki na Narodowy Fundusz Zdrowia, bywali świadkami, jak z tych samych zabiegów medycznych, na które oni czekali miesiącami lub nawet latami, Ukraińcy korzystali od ręki.
Pomoc międzynarodowa
Marcin Jachimiak, ratownik medyczny i pielęgniarz z Fundacji Medycy Medykom – Dialog w Leczeniu tłumaczył ten mechanizm w rozmowie z Krzysztofem Woźniakiem, autorem podcastu „Wideoprezentacje”:
– Powstawały specjalne fragmenty budżetu samorządowego lub fragmenty budżetu wykrojone z Narodowego Funduszu Zdrowia, które w momencie, kiedy mieliśmy bardzo duży napływ migrantów, dawały dodatkowe środki na wizyty dla nich.
Ratownik zaznaczył, że w praktyce mogło to oznaczać, że polscy pacjenci byli zapisani do specjalistów na terminy odległe o kilka lat, podczas gdy równolegle na te same zabiegi ukraińscy pacjenci dostawali się bardzo szybko. Działo się tak także z tego powodu, że do Polski trafiała pomoc międzynarodowa przeznaczona na wsparcie dla uchodźców wojennych, a nie na leczenie obywateli kraju niebędącego w stanie wojny.
Ku normalności
Trudno winić chorych ludzi potrzebujących pomocy, że z tej pomocy korzystali. Trudno jednak dziwić się innym, równie chorym i potrzebującym, którzy jej nie otrzymywali. Reagowanie na ich zrozumiałą frustrację wyzywaniem od „onuc” było głęboko niesprawiedliwe i tylko przyczyniło się do pogłębienia podziałów pomiędzy Polakami a Ukraińcami – czego zapewne można byłoby choć częściowo uniknąć, gdyby zamiast poprawności politycznej i szantaży emocjonalnych od początku stosowano rzeczową argumentację.
Być może jesteśmy na dobrej drodze do jako takiej normalności w tych kwestiach, a głos przedstawicieli izb lekarskich, od kilku lat apelujących o sprawiedliwe i racjonalne zasady otrzymywania przez lekarzy z Ukrainy prawa do wykonywania zawodu na terenie Polski (do tej pory panowała tutaj, delikatnie mówiąc, dość duża uznaniowość, swoboda i rozmycie odpowiedzialności), zostanie nareszcie usłyszany. Szkoda tylko, że najbardziej prawdopodobny finał polsko-ukraińskich zmagań z ochroną zdrowia jest taki, że przedstawicieli obu naszych narodów połączy zgodne narzekanie na Narodowy Fundusz Zdrowia.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




