Singielki, feminizm i strach przed macierzyństwem – źródła zapaści demograficznej w Polsce
Co musisz wiedzieć:
- Autorka wskazuje, że współczesna kontrola prokreacji, zmiany kulturowe i radykalne nurty ideologiczne prowadzą do społecznej niechęci wobec posiadania dzieci.
- Przyczyny demograficznego załamania w Polsce upatruje zarówno w czynnikach ekonomicznych i zawodowych.
- Zaznacza, że kontrkulturowe i feministyczne tendencje ostatnich dekad, wzmocnione przez neoliberalizm oraz indywidualizm, osłabiły znaczenie trwałych relacji i macierzyństwa.
Projekt dziecko
Demografowie i socjolodzy biją na alarm, że jak tak dalej pójdzie, za bliżej nieokreślony czas zaniknie gatunek zwany homo sapiens – no, może ocaleje w Afryce, jedynym kontynencie bez przyrostowego problemu. Warto jednak zwrócić na ten aspekt uwagę: zaczęło nas, ludzi, ubywać, od kiedy człowiek zaczął „zarządzać” prokreacją, a posiadanie dziecka stało się w pełni kontrolowanym procesem. Ktoś powie – doskonale, bo nasz glob cierpi na przeludnienie. Ale komu przyznać prawo do decyzji na – w gruncie rzeczy – Boskim poziomie?
Nie będę zabawiać się futurystycznymi wizjami sterowania naszym genomem, ale w tym kierunku zmierza nauka. Trąci eugeniką? Teraz pewnie nikt nie nazwie manipulacji przy genach „higieną ras”, bo to obciążone nazizmem, ale… w bogatych społeczeństwach coraz częściej prokreacja jest procesem ściśle kontrolowanym. Kiedy potomek powinien się pojawić, jakiej płci, a przede wszystkim – z kim? Po kim ma dziedziczyć konkretne geny? Placet po temu dają naukowcom ideolodzy, którzy z marksistowskim zapałem odrzucają tradycyjne wartości. Ale los płata figle: po mamie miała być uroda, po tacie inteligencja. A wyszło odwrotnie… Na szczęście, „zaprojektowane” genetycznie potomstwo to luksus mało komu dostępny. Większość realizuje wariant łatwiejszy – w ogóle nie ma dzieci.
- Komunikat Straży Granicznej. Pilne doniesienia z granicy
- KRUS wydał komunikat dla rolników
- Na Placu św. Piotra stanęła choinka
- Łódzkie: 16 tys. gospodarstw domowych bez prądu. PGE wydało komunikat
- Pilne doniesienia z granicy. Komunikat straży granicznej
- PKO BP wydał pilny komunikat dla swoich klientów
- Komunikat dla mieszkańców woj. kujawsko-pomorskiego
- Komunikat dla mieszkańców woj. małopolskiego
- Sąd postanowił: Stanowski ma milczeć o Schnepf. Internauci: Decyzję podjął "neosędzia"
Dziecko przeszkadza
W postransformacyjnej Polsce bożkiem stał się pieniądz, a w gwałtownym procesie dorabiania się każda przeszkoda musiała zostać usunięta. Najpierw przemontowano młodym ludziom w głowach. Egoizm stał się trendy: inwestuj w siebie, ucz się, podróżuj, realizuj pasje. Kobiety przekonywano, że „są tego warte”. Że mają prawo dbać o swoje przyjemności i urodę. Tymczasem ciąża często szpeci, a nawet wyniszcza organizm. Poza tym niemowlak jest czasochłonny – a kobiety mają przede wszystkim uczyć się, podwyższać kwalifikacje, zawodowo konkurować z mężczyznami. Trzeba inwestować w siebie, we własny dobrostan – to się przecież zwróci! A ładowanie energii i kasy w potomka może rozczarować… W efekcie młodzi Polacy zaczęli postrzegać posiadanie dzieci jako równoznaczne z wyrzeczeniem się wielu swobód i atrakcji.
Na dodatek w poczytnych magazynach (zwłaszcza w „WO”) lansowano singielstwo jako szansę na samospełnienie. W latach dwutysięcznych pojawiły się dywagacje na temat gender. Wyższe uczelnie i instytucje kultury otworzyły się szeroko na osoby spod znaku LGBT+. Tzw. elity demonstrowały „postępowość”, czyli przychylność dla par jednopłciowych i osób transseksualnych. A w ostatnich latach tę narrację dopełnili psychologowie, chętnie tłumaczący „plagę depresji” wśród młodych zaburzeniami płci.
Puste żłobki
Najwięcej dusz III RP liczyła w 2010 roku: prawie 38 mln 600 tys. Dołowanie demograficzne zaczęło się około 2012 roku, jednak prawdziwą zapaść notujemy od 2021. W ubiegłym i mijającym roku dzietność w Polsce okazała się najniższa w historii! Niektórzy widzą nadzieję w przyjmowaniu i naturalizowaniu imigrantów z krajów, w których kobiety chętniej i częściej zachodzą w ciążę – co jednak niesie rozliczne inne zagrożenia, którymi tu nie będę się zajmować. Wróćmy do populacyjnego dołowania w Polsce, teoretycznie dostatniej jak nigdy przedtem.
Tymczasem analitycy jako przyczyny demozapaści najczęściej wymieniają niskie zarobki młodych ludzi, brak dla nich tanich mieszkań, a także – lęki kobiet, które na/po macierzyńskim boją się utraty pracy lub załamania kariery. Panie obawiają się też, że partnerzy „wymiksują się” z trudów wychowywania potomstwa. Z roku na rok zmniejsza się liczba zalegalizowanych związków (w 2024 roku na ślubny kobierzec wstąpiło o 10 tys. par mniej niż rok wcześniej) i rośnie liczba rozwodów (6 tys. więcej niż w 2023 roku). Są także dane optymistyczne: coraz mniej noworodków umiera; a gdy obydwoje rodziców pracuje, jest dla maluchów więcej żłobków (niedawno w Warszawie zachęcano billboardami do korzystania z publicznych żłobków – ponad 3 tys. miejsc czekało na najmłodszych). No to co nie zażarło?
Kobiety tęczowe
Winna jest transfiguracja mentalna, której zaczynu upatrywałabym w przeobrażeniach ideologiczno-społecznych, do których doszło pół wieku temu na Zachodzie. Ruch women’s lib lat 60., prawnuczę sufrażystek końca XIX stulecia, w PRL-u miał znikomy feedback; w III RP, w latach 90., jeszcze feminizm nie stał się priorytetem. Dopiero po 2004 roku, od kiedy „weszliśmy do Europy”, nadrobiliśmy cywilizacyjny poślizg. W ostatnich latach Polska przeżywa uderzeniową falę feminizmu. Radykalny odłam tego ruchu przechyla wajchę w stronę przeciwną prokreacji.
„Przedstawicielki tego nurtu często opowiadają się za całkowitym separatyzmem, czyli takim stanem, w którym kobiety ograniczają się do towarzystwa własnej płci, stosunki nie heteroseksualne, a raczej lesbijskie, będą normą, mężczyźni natomiast będą być może wykorzystywani li tylko jako dawcy nasienia”
– czytam o idei ruchu w dysertacji Wioletty Jedleckiej pt. „Wpływ myśli feministycznej na zmiany współczesnego prawa – szkic problemu”. Tamże:
„W wielu przypadkach feminizm radykalny poszukiwał sprzymierzeńców pośród różnych grup społecznych, które odczuwały swą niższość w hierarchii społecznej (np. homoseksualiści, mniejszości etniczne czy bezrobotni), dążąc do stworzenia tzw. tęczowej koalicji”.
A co z pokoleniowymi zmiennikami tej formacji? Bez obaw, następcy pojawią się w sposób techniczno-pragmatyczny. W sukurs spieszą banki spermy, komórek jajowych i zarodków… Dla niektórych „ogierów” to intratny interes (w Polsce – jedna sesja „pobierania” to od 5 tys. zł w górę). A jeśli żadna z partnerek nie podejmuje się nosić płodu, od czego surogatki, te żywe inkubatory, których radykalistki chyba nie postrzegają jako sióstr w walce o równość? Choć to przecież też kobiety, tyle że biedne.
Samorealizacje singielek
Polityka neoliberalna stworzyła system wsparcia kobiet, szczególnie tych związanych z kulturą. Europejskie dotacje, granty z budżetu publicznego i dofinansowania ze źródeł pozarządowych trafiają do instytucji, gdzie panie dominują lub które chcą zrealizować projekty artystek. Tak – wróciło punktowanie na podobieństwo tego z czasów komuny. Wtedy na egzaminach na studia punktowano pochodzenie chłopskie lub robotnicze – teraz atutem jest płeć żeńska, której przyznawane są „punkty”, żeby… wyrównać wielowiekowe krzywdy. A jak któraś zdecyduje się na dziecko, a przy tym pracuje twórczo, to klękajcie narody!
Ciążę i narodziny potomka również można potraktować jako sztukę i je zmonetaryzować. Joanna Rajkowska (ta od sztucznej palmy) kilka miesięcy „stanu odmiennego” potraktowała jako materiał twórczy. Zdecydowała, że córkę (Różę na cześć babki i Róży Luksemburg) urodzi w Berlinie. Projekt „Born in Berlin” (2012) tak skomentowała:
„Cała ta sytuacja przenoszenia życia do Berlina nabiera pewnego metapoziomu. Jest nie tylko tym, czym jest w istocie, czyli wygłupem babki w ciąży, tylko nagle staje się bardzo znaczącą sytuacją, która mówi więcej, niż sama mogłabym powiedzieć”.
Jednak Rajkowska nie walczyła z rodziną (sama ją założyła) ani tożsamością płciową. Inne artystki włączyły się czynnie do walki o prawo do aborcji.
„Broń praw kobiet. Walcz o prawo do aborcji. Żądaj edukacji seksualnej”
– to hasła, które głosiła/wyrażała wizualnie amerykańska artystka Barbara Kruger w 1991 roku na wystawie w Zamku Ujazdowskim. Cztery lata później (1995 rok) te hasła/poglądy dosadniej wyraziła Katarzyna Górna w komentarzu do pracy „Dziesięć panien”:
„Jako młoda kobieta byłam w na tyle uprzywilejowanej pozycji, że nie wyobrażałam sobie, że ktoś może chcieć mi ustawić życie i decydować za mnie o sprawach związanych z moim ciałem, buntowałam się. Jednocześnie antykoncepcja nie była wówczas łatwo dostępna, a ówczesne tabletki antykoncepcyjne były bardzo obciążające. W takiej sytuacji zaczynasz zadawać sobie pytanie, czy nie lepiej zrezygnować z uprawiania seksu. Lęk przed niechcianą ciążą jest ogromny. Szczególnie gdy zdajesz sobie sprawę, że na koniec jesteś sama z tym tematem bez wsparcia moralnego i ekonomicznego”.
A skąd mieć wsparcie, skoro chcesz „zarządzać swym ciałem” w pojedynkę?
Forever young
Niechęć do posiadania potomstwa nie wzięła się nagle. To się zaczęło w pokoleniu dzisiejszych 60- i 70-latków. Oni chcieli być „Forever Young”, którą to deklarację wyśpiewał zespół Alphville. Bycie młodym to jeden z priorytetów generacji dzieci kwiatów. W konsekwencji kontrkulturowego zrywu drugiej połowy lat 60. po raz pierwszy w historii młodzi decydowali o polityce i życiu społecznym. Wtedy nawet wielcy projektanci zaadaptowali do haute couture hipisowski look: zwiewne niby-egzotyczne szatki dla kobiet; T-shirty i blue jeans dla panów; wszędzie hafciki, paciorki, pop-artowe malowanki. I dla obydwu płci długie loki. Chłopcy jak z musicalu „Hair” czuli się demonami seksu, dziewczyny ochoczo na to przystawały. Społeczne pochodzenie, kolor skóry czy stan majątkowy nie miały znaczenia – wszak „wszyscy ludzie są równi”.
A jak młodzieżowa rewolucja 1968 roku przełożyła się na interesujące nas problemy prokreacyjne? Rewolta sprzed ponad półwiecza miała antyestablishmentowy charakter, a na sztandarach lewicowe i anarchistyczne hasła. M.in. negowała instytucję rodziny, podważając zasadność istnienia podstawowej komórki społecznej jako „mieszczańskiego przeżytku”. W zamian propagowała wolną miłość. Tradycyjną rodzinę zastąpić miały komuny, „rodziny” spontanicznie formowane przez obcych sobie ludzi, funkcjonujące na wzór pierwotnych plemion, w których trwałe związki nie obowiązywały i panował kopulacyjny luz. Najwięcej wyznawców wspólnot znalazło się w Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza tam, gdzie łagodny klimat pozwalał na improwizacje mieszkaniowe i ubraniowe. Jak się jakiejś pannie trafiła ciąża, a nie zawsze wiedziała, czyim plemnikom ją zawdzięcza, nie było problemu. Dzieci komuny miały być wspólnie, bezstresowo wychowywane czy raczej samo-się-wychowujące. O dziwo, potomkowie tamtych niby-rodzin wcale dobrze nie wspominają dzieciństwa z wieloma tatusiami oraz zastępczymi mamami, gdy własna odfruwała upalona trawką.
Robienie miłości, nie dzieci
Słynny slogan „Make love, not war”, ukuty w 1965 roku w czasie wojny wietnamskiej, z czasem podchwycił amerykański ruch hipisowski, a następnie został spopularyzowany przez pacyfistów i kontrkulturę na całym świecie. Zresztą „robienie kasy” także uznano za passé. Antysystemowcy „żyli powietrzem” i doraźnymi zajęciami: w komunach obowiązywała wspólnota majątkowa i cielesna. Jednak spontaniczne „robienie miłości” wyszło daleko poza młodzieżową rewoltę. W końcu lat 60. i na początku kolejnej dekady luźne podejście do seksu stało się modnym stylem życia. Na Zachodzie brak odpowiedzialności za współżycie ułatwiała antykoncepcyjna pigułka, bez oporów przepisywana przez ginekologów dziewczynkom, które ledwie zaczynały miesiączkować. Co ciekawe, te trendy przeniknęły przez żelazną kurtynę. Jednak w PRL-u swobodę kopulacyjną ograniczał zwykły strach przed niechcianą ciążą, której usuwanie było nielegalne.
Metoda na kalendarzyk
W PRL-u po powojennym boomie (lata 1945–1964) dzietność zaczęła siadać, ale daleko było do katastrofy. Już wtedy propagowano świadome planowanie potomstwa. Z braku dostępu do środków antykoncepcyjnych stosowano głównie metody naturalne: tzw. małżeński kalendarzyk, metodę termiczną i obserwację śluzu. Dopiero w latach 70. nieliczne kobiety z kontaktami na Zachodzie zaczęły sprowadzać tzw. sprężynkę lub pigułki antykoncepcyjne. Oczywiście dokonywano nielegalnych aborcji, jednak niewielka skala „skrobanek” nie miała wpływu na demografię. W ogóle w polskim społeczeństwie wciąż dominowały tradycyjne wartości i poglądy na rodzinę. Seksualna rewolucja w wersji polskiej miała twarz Michaliny Wisłockiej, której poradnik „Sztuka kochania” ukazał się dopiero w 1978 roku i dla wielu stał się lekturą formatującą intymne życie partnerskie. Do dziś ta publikacja nie zdewaluowała się – problem w tym, że… coraz rzadziej młodzi współżyją.
Komórka przeciw komórce (rodzinnej)
Na koniec – sprawa także podnoszona przez analityków demograficznej zapaści. Otóż młodzi oduczyli się nawiązywania bliskich kontaktów. Flirt, co to znaczy „flirtować”? Randkowanie – tylko w sieci. Jak znajomość przenosi się do realu, generacja Alfa (to ci urodzeni po 2010 roku) nie wie, jak ze sobą rozmawiać. Ileż to razy zdarza się widzieć chłopaka i dziewczynę siedzących obok siebie i „gadających” przy pomocy smartfonów. W ten sposób dzieci się nie zrobi! Jedyna nadzieja w bocianach i kapuście…
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




