Cynizm, prezesi i dziedzictwo propagandy. Monika Luft o Telewizji Polskiej

– Dzisiaj powinniśmy sobie życzyć, aby obecna telewizja służyła odbiorcom, a nie tylko władzy, partiom politycznym i zarabiającym w niej ludziom. Niestety wciąż na nowo powielamy wzorzec telewizji partyjnej czy też rządowej – mówi Monika Luft, autorka książki „Oko prezesa. Telewizja PRL od Sokorskiego do Drawicza”, w rozmowie z Marcinem Darmasem.
Monika Luft
Monika Luft / Wikipedia, fot. Tomasz Ozdoba

Co musisz wiedzieć:

  • Zdaniem rozmówczyni telewizja publiczna, choć marginalizowana przez internet, wciąż może pełnić kluczową rolę jako źródło wiarygodnej informacji w czasach dezinformacji.
  • W opinii Moniki Luft dzisiejsze problemy mediów publicznych wynikają w dużej mierze z odziedziczonych po PRL wzorców propagandy, centralizacji i politycznego zawłaszczenia.
  • Odnosi się ona też krytycznie do "dziedzictwa" Jerzego Urbana – jako symbolu kłamstwa, cynizmu i traktowania mediów jako łupu politycznego. 

 

Zaufane media

Marcin Darmas (Tygodnik Solidarność): Zacznę przekornie od parafrazy pytania Roberta Oppenheimera: „Po co tak przejmować się przyszłością skazanego świata?”. Na takiej samej zasadzie chciałem zapytać, dlaczego pisze Pani o telewizji, skoro to medium stopniowo umiera, odchodzi do lamusa? Jego miejsce zajmują internet: platformy społecznościowe, kanały wideo.

Monika Luft (autorka książki Oko prezesa. Telewizja PRL od Sokorskiego do Drawicza): Ależ ja stawiam podobne pytanie w książce: czy telewizja jest już przegrana i zbędna? Według nieco prowokacyjnych wyliczeń, które przytaczam w „Oku prezesa”, telewizja publiczna potrzebna jest zaledwie 250 tysiącom osób: jej pracownikom, politykom, związanym z nią twórcom. Reszta społeczeństwa radzi sobie bez tego medium bardzo dobrze. Mimo to wydaje mi się, że telewizja publiczna nadal może być dla naszej wspólnoty czymś bardzo istotnym. Przy tej skali dezinformacji, przy panującej w internecie wolnej amerykance i przy niezliczonej ilości fake newsów, na jakie jesteśmy jako kraj frontowy stale narażeni, powinniśmy móc liczyć na media spełniające wysokie standardy dziennikarskie i etyczne. Powinno nas być stać na media, którym można stuprocentowo zaufać.

– Przecież nigdy tak nie było i obawiam się, że nigdy tak nie będzie.

– To jednak nie znaczy, że musimy się godzić na niski poziom mediów publicznych. Jesteśmy dużym krajem i ambitnym społeczeństwem. Media publiczne najwyższej jakości nam się po prostu należą.

– Dlaczego zatem takich nie mamy?

– Winne są według mnie między innymi wzorce medialne odziedziczone po PRL. Dostaliśmy w spadku po tamtym ustroju fatalne, schematyczne myślenie o roli i kształcie mediów. Postanowiłam to opisać ku pamięci i ku przestrodze zarazem.

 

Skomplikowana prawda o telewizji

– Obraz, który wyłania się ze stron „Oka prezesa”, nie jest jednak czarno-biały.

– To prawda. Przed rokiem 1989 powstawały czasem świetne programy, filmy czy seriale. Ze względu na własną biografię z nostalgią wspominam choćby „Noce i dnie”.

– Rozmawiam nie tylko z badaczką telewizji, ale i z serialową Emilką Niechcic.

– Tak. Przyznaję, że telewizja PRL nie była jednoznacznie zła. Ale nie była też jednoznacznie dobra. Była taka, jak jej czasy. Dzisiaj powinniśmy sobie życzyć, aby ta obecna była lepsza od czasów, w których żyjemy. Aby służyła odbiorcom, a nie tylko władzy, partiom politycznym i zarabiającym w niej ludziom. Niestety wciąż na nowo powielamy wzorzec telewizji partyjnej czy też rządowej.

– We wstępie do książki przypomina Pani hiszpański film „El televisor” mówiący o uzależnieniu od małego ekranu. Od lat siedemdziesiątych zachodni intelektualiści, z Pierre’em Bourdieu na czele, przestrzegają przed negatywnym wpływem telewizji. Komuniści natomiast chcieli za wszelką cenę usadowić obywateli przed szklanym ekranem. Dlaczego?

– Chodziło o pełną kontrolę nad socjalistycznym obywatelem. Historycy różnie opisują PRL. Jedni utrzymują, że był to system totalitarny, drudzy, wzbraniając się przed tak daleko idącymi wnioskami, nazywają go systemem autorytarnym. Jeszcze inni twierdzą, że mieliśmy do czynienia z systemem totalitarnym, który ewoluował w stronę autorytarnego. Co do jednego są zgodni: od samego początku komuniści starali się kontrolować wszelkie dziedziny życia publicznego i prywatnego. Ten element był absolutnie kluczowy dla systemu. Cenzura, Służba Bezpieczeństwa – wszystko to służyło kontroli. A dzięki telewizji można było wpływać na codzienne zachowania i poglądy. Stąd konieczność posadzenia ludzi przed telewizorami. Jednak by wtłaczać im do głów propagandę, nie wystarczał kij, należało zapewnić także marchewkę. I uczciwie powiedzmy, że ta marchewka bywała zupełnie smaczna.

– Ówczesna rozrywka, jak na tamte czasy, stała na całkiem wysokim poziomie intelektualnym i artystycznym. To wówczas powstały Kabaret Starszych Panów, Teatr Telewizji, wybitne często seriale. I było to masowo oglądane.

– „Niewinne” z pozoru produkcje również miały zaszytą propagandową truciznę. Weźmy na przykład takie seriale jak „Czterej pancerni i pies” albo „Stawka większa niż życie”. Z punktu widzenia historycznego były to opowieści całkowicie zakłamane. A jednak wymknęły się spod ideologicznej kontroli. Ich propagandowa funkcja zeszła na dalszy plan, a na czoło wysunęły się walory rozrywkowe. Dziś postrzegamy je jako zjawiska popkulturowe. Nawet teraz mają swoich wiernych wielbicieli.

 

Prezesowski pasjans

– Wybrała Pani bardzo ciekawy sposób opowiadania o telewizji. Niczym Waldemar Łysiak ułożyła Pani taki telewizyjny pasjans, gdzie zamiast marszałków Napoleona wychodzą z talii kolejni prezesi Radiokomitetu, zaczynając od Włodzimierza Sokorskiego, na Andrzeju Drawiczu kończąc. Nie jest Pani dla nich zbyt łaskawa. O Sokorskim czytamy: „Człowiek o giętkim kręgosłupie, dobry na każdą epokę”. Co ich łączyło?

– To były różne osobowości, ale kilku panów z tego dziesięcioosobowego grona łączył z pewnością cynizm. Cynikami byli Włodzimierz Sokorski, Maciej Szczepański, Mirosław Wojciechowski, Jerzy Urban. Ci, którzy przetrwali dłużej na swoich stołkach, odznaczali się bez wątpienia silnymi charakterami. Nie było łatwo trzymać w ryzach takiego molocha jak telewizja. Presja była ogromna. Z jednej strony Komitet Centralny PZPR, z drugiej luminarze ówczesnego świata kulturalnego i intelektualnego. Świat artystyczny był zresztą żywo zainteresowany tym, aby pozostawać w dobrych relacjach z szefami telewizji. Niedościgniony w rozdawaniu faworów, nagród i pieniędzy był Szczepański. Ostatnim komunistycznym prezesem Radiokomitetu był Urban. Ten oprócz cynizmu i arogancji miał w sobie coś jeszcze – diaboliczność.

– Czytam w „Oku prezesa” wypowiedź Józefa Tejchmy:

„Na to stanowisko trzeba człowieka zdrowego i głupiego, może być inteligentny cynik, może być głupi cynik, takich jest najwięcej. Może być głupi i chory, wysokie stanowisko mu nie zaszkodzi. Mądry a zdrowy szybko się zniszczy, mądry a chory niezwłocznie wykituje”.

– Stanowisko prezesa Radiokomitetu wymagało giętkiego kręgosłupa. Świetnie odnajdywał się w tym Sokorski, który zawsze stawał po stronie silniejszego. Wiedział, kiedy nadchodzi pora, by zmienić front. Podczas walk frakcyjnych w partii, przyczajony, czekał na rozstrzygnięcia. I kiedy już wiadomo było, kto zdobywa przewagę, okazywał się stronnikiem właśnie tych, którzy byli górą. Miał „dar”, jeśli można tak to nazwać, wyczuwania zmian i dostosowania się do nich. Jestem dziwnie spokojna, że we współczesnym świecie też by sobie doskonale poradził. Zresztą w wolnej Polsce, w wywiadzie rzece „Wyznania zdrajcy”, bez mrugnięcia okiem oświadczył, że przeszedł na drugi brzeg i cieszy się z upadku komunizmu oraz potępia cały swój dotychczasowy etos.

 

Medialny dysonans

– Odnoszę wrażenie, że „Oko prezesa” utkane jest z ambiwalencji. Z jednej strony konstatuje Pani tępą propagandę ówczesnej telewizji, z drugiej – dostrzega kulturę wysoką, porządne spektakle i kabarety. Jakich ustępstw etycznych musieli dokonywać twórcy, aby znaleźć się w telewizji?

– Cóż, musieli być ślepi na jedno oko i głusi na jedno ucho… Było im na pewno łatwiej, gdy nie zauważali, że są częścią systemu propagandy. Ze wspomnień czy dzienników wyłania się powszechne wśród twórców, aktorów, reżyserów, scenarzystów czy pisarzy nastawienie: my przecież nie zajmujemy się informacją, publicystyką, nie przykładamy ręki do niewolenia umysłów. To robią „oni”, a nas to nie dotyczy. My występujemy w innych pasmach. Prawda jest jednak taka, że jedno i drugie było ze sobą ściśle powiązane. Choć naturalnie artyści i autorzy uważali, że mrugają okiem do publiczności, że przynoszą kulturę wyrafinowaną, utkaną z podprogowych znaczeń. I często rzeczywiście tak właśnie było. Oczywiście PRL przechodziła przez różne fazy i postawy też się zmieniały. W latach osiemdziesiątych, po wprowadzeniu stanu wojennego, prawie całe środowisko aktorów i reżyserów powiedziało reżimowi „nie”. Wymagało to dużej odwagi. Bojkot telewizji, przestrzegany solidarnie przez ogromną większość środowiska, był ewenementem na skalę światową. I wielkim problemem dla rządzących.

– W epilogu mowa o czasach współczesnych, o obecnej telewizji publicznej w likwidacji. Pani ocena jest bardzo ostra. Czytam:

„Jerzy Urban ma prawo śmiać się zza grobu. Jego dziedzictwo okazało się, jak na razie, najtrwalsze”.

Czy dla Pani Urban jest odpowiednim łącznikiem między komunistyczną telewizją a tą obecną?

– Zastanówmy się. Czy Urban po przełomie ustrojowym został wykluczony z debaty publicznej? Nie. Czy otoczono go kordonem sanitarnym? Nie. Czy był środowiskowym banitą? Nie. Przeciwnie. Dorobił się ogromnych pieniędzy. Był obecny w mediach do końca swoich dni. Ba! Jego wpływ jest nadal odczuwalny. A jego pogrzeb zgromadził elitę III RP. Cały niemal establishment oddał mu hołd. Dla mnie było to szokujące. I podtrzymuję moją opinię, że telewizja publiczna w likwidacji jest swoistym triumfem Urbana zza grobu.

– Dlaczego?

– Urban uosabiał myślenie o telewizji jako o łupie politycznym. Był też symbolem nie tylko kłamstwa, ale i buty rządzących. Jak mówił Zbigniew Herbert Jackowi Trznadlowi w „Hańbie domowej” w latach osiemdziesiątych:

„Propaganda dzisiaj nie chce nikogo przekonać. Wlewa w nas gwałtem poczucie bezsilności”.

Widzę niestety analogię z obecnymi czasami. Czy bezwstydna propaganda, którą jesteśmy karmieni w różnego rodzaju programach, do czegokolwiek nas przekonuje? Nie. Ale wlewa w nas poczucie bezsilności. Oni wydają się mówić: robimy to, co robimy, bo możemy. Bo nie tylko nikt nie poniesie za to odpowiedzialności, ale wręcz zostanie sowicie wynagrodzony. I to jest właśnie to urbanowe dziedzictwo: manifestacja siły oraz przemoc psychiczna.

***

Monika Luft – była dziennikarka i prezenterka TVP1. Współpracowała z hiszpańską telewizją TVE. Pełniła funkcję rzeczniczki prasowej MSZ. Autorka m.in. „Arabskiej awantury” oraz „Pejzażu z przemytnikiem”.


 

POLECANE
Trump stawia Iran pod presją. „Wysłałem do regionu dużą armadę” z ostatniej chwili
Trump stawia Iran pod presją. „Wysłałem do regionu dużą armadę”

Prezydent USA Donald Trump powiedział w poniedziałek portalowi Axios, że sytuacja wokół Iranu „jest zmienna”, bo wysłał na Bliski Wschód „dużą armadę”. Ocenił jednocześnie, że Teheran chciałby zawrzeć porozumienie.

„Wbrew rządowej propagandzie...”. Mariusz Błaszczak studzi emocje ws. pieniędzy z programu SAFE z ostatniej chwili
„Wbrew rządowej propagandzie...”. Mariusz Błaszczak studzi emocje ws. pieniędzy z programu SAFE

W poniedziałek MON poinformował, że Komisja Europejska pozytywnie zaopiniowała dokumenty złożone przez Polskę, które dotyczą pozyskania funduszy w wysokości blisko 44 mld euro z programu SAFE. Narrację rządu krytycznie skomentował były szef MON, Mariusz Błaszczak.

IMGW wydał pilny komunikat. Oto co nas czeka w najbliższych dniach z ostatniej chwili
IMGW wydał pilny komunikat. Oto co nas czeka w najbliższych dniach

Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej przedłużył ostrzeżenia pogodowe dla dużej części kraju. W najbliższych godzinach i dniach Polacy muszą liczyć się z marznącymi opadami, gęstą mgłą, oblodzeniem oraz roztopami. Przed niebezpieczną sytuacją na drogach ostrzega także Rządowe Centrum Bezpieczeństwa.

Jest apel do Rzecznika Praw Obywatelskich ws. Adama Borowskiego z ostatniej chwili
Jest apel do Rzecznika Praw Obywatelskich ws. Adama Borowskiego

Byli działacze opozycji demokratycznej z czasów PRL zwrócili się z pilnym apelem do Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie prawomocnego wyroku sądu wobec Adama Borowskiego. W liście, podpisanym przez blisko sto osób, domagają się interwencji i podnoszą argumenty dotyczące wolności słowa oraz kontrowersyjnego charakteru przepisów, na podstawie których zapadł wyrok.

Karol Nawrocki: Polska nieustannie wspiera Mołdawię w jej drodze do Unii Europejskiej z ostatniej chwili
Karol Nawrocki: Polska nieustannie wspiera Mołdawię w jej drodze do Unii Europejskiej

Polska nieustannie wspiera Mołdawię w jej drodze do członkostwa w UE – powiedział prezydent Karol Nawrocki po spotkaniu z prezydentką Mołdawii. Maia Sandu, dziękując Polsce za bycie adwokatem Kiszyniowa w Europie, podkreśliła zaś, że jej kraj chce m.in. przyciągać więcej polskich inwestycji.

KE podjęła decyzję ws. środków dla Polski z instrumentu SAFE. Kosiniak-Kamysz zabiera głos z ostatniej chwili
KE podjęła decyzję ws. środków dla Polski z instrumentu SAFE. Kosiniak-Kamysz zabiera głos

Jesteśmy coraz bliżej otrzymania prawie 44 mld euro na inwestycje w bezpieczeństwo - przekazał wicepremier, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz po decyzji KE ws. środków dla Polski z instrumentu SAFE. Jak wskazał, kolejnym krokiem będzie decyzja wykonawcza Rady Europejskiej i finalne podpisanie umów.

Michael Schumacher wreszcie wstał z łóżka! Nowe informacje po 12 latach z ostatniej chwili
Michael Schumacher wreszcie wstał z łóżka! Nowe informacje po 12 latach

Przez lata panowała cisza i ścisła tajemnica. Teraz brytyjskie media ujawniają nowe szczegóły dotyczące zdrowia Michaela Schumachera. Legenda Formuły 1 nie jest już przykuta do łóżka i porusza się na wózku inwalidzkim w swoim domu nad Jeziorem Genewskim. To pierwsze tak konkretne doniesienia od lat.

KRS odpowiada na wtargnięcie służb do siedziby. Będzie zawiadomienie do prokuratury z ostatniej chwili
KRS odpowiada na wtargnięcie służb do siedziby. Będzie zawiadomienie do prokuratury

Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa upoważniło szefową KRS do złożenia zażalenia na niedawne przeszukanie biur w siedzibie Rady. Złożone ma zostać też w prokuraturze zawiadomienie w związku z tym, że według prezydium KRS, działania policji i prokuratury uniemożliwiły członkom Rady podjęcie pracy.

Wyłączenia prądu na Śląsku. Ważny komunikat dla mieszkańców z ostatniej chwili
Wyłączenia prądu na Śląsku. Ważny komunikat dla mieszkańców

Mieszkańcy województwa śląskiego muszą przygotować się na planowane przerwy w dostawie energii elektrycznej. Operator sieci dystrybucyjnej Tauron opublikował harmonogram wyłączeń na najbliższe dni. Przerwy obejmą m.in. Częstochowę, Sosnowiec, Gliwice, Zabrze oraz powiaty częstochowski i gliwicki. Poniżej szczegółowy wykaz – gdzie, kiedy i na jakich ulicach nie będzie prądu.

Żurek chce zaostrzać prawo drogowe. Tymczasem sam łamie przepisy? Jest nagranie z ostatniej chwili
Żurek chce zaostrzać prawo drogowe. Tymczasem sam łamie przepisy? Jest nagranie

Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek zapowiadał surowsze traktowanie kierowców łamiących zakazy i większą bezwzględność wymiaru sprawiedliwości. Tego samego dnia w sieci pojawił się wpis, który wywołał burzę. Jak wynika z nagrania, minister miał nie ustąpić pierwszeństwa na pasach i niemal potrącić kobietę.

REKLAMA

Cynizm, prezesi i dziedzictwo propagandy. Monika Luft o Telewizji Polskiej

– Dzisiaj powinniśmy sobie życzyć, aby obecna telewizja służyła odbiorcom, a nie tylko władzy, partiom politycznym i zarabiającym w niej ludziom. Niestety wciąż na nowo powielamy wzorzec telewizji partyjnej czy też rządowej – mówi Monika Luft, autorka książki „Oko prezesa. Telewizja PRL od Sokorskiego do Drawicza”, w rozmowie z Marcinem Darmasem.
Monika Luft
Monika Luft / Wikipedia, fot. Tomasz Ozdoba

Co musisz wiedzieć:

  • Zdaniem rozmówczyni telewizja publiczna, choć marginalizowana przez internet, wciąż może pełnić kluczową rolę jako źródło wiarygodnej informacji w czasach dezinformacji.
  • W opinii Moniki Luft dzisiejsze problemy mediów publicznych wynikają w dużej mierze z odziedziczonych po PRL wzorców propagandy, centralizacji i politycznego zawłaszczenia.
  • Odnosi się ona też krytycznie do "dziedzictwa" Jerzego Urbana – jako symbolu kłamstwa, cynizmu i traktowania mediów jako łupu politycznego. 

 

Zaufane media

Marcin Darmas (Tygodnik Solidarność): Zacznę przekornie od parafrazy pytania Roberta Oppenheimera: „Po co tak przejmować się przyszłością skazanego świata?”. Na takiej samej zasadzie chciałem zapytać, dlaczego pisze Pani o telewizji, skoro to medium stopniowo umiera, odchodzi do lamusa? Jego miejsce zajmują internet: platformy społecznościowe, kanały wideo.

Monika Luft (autorka książki Oko prezesa. Telewizja PRL od Sokorskiego do Drawicza): Ależ ja stawiam podobne pytanie w książce: czy telewizja jest już przegrana i zbędna? Według nieco prowokacyjnych wyliczeń, które przytaczam w „Oku prezesa”, telewizja publiczna potrzebna jest zaledwie 250 tysiącom osób: jej pracownikom, politykom, związanym z nią twórcom. Reszta społeczeństwa radzi sobie bez tego medium bardzo dobrze. Mimo to wydaje mi się, że telewizja publiczna nadal może być dla naszej wspólnoty czymś bardzo istotnym. Przy tej skali dezinformacji, przy panującej w internecie wolnej amerykance i przy niezliczonej ilości fake newsów, na jakie jesteśmy jako kraj frontowy stale narażeni, powinniśmy móc liczyć na media spełniające wysokie standardy dziennikarskie i etyczne. Powinno nas być stać na media, którym można stuprocentowo zaufać.

– Przecież nigdy tak nie było i obawiam się, że nigdy tak nie będzie.

– To jednak nie znaczy, że musimy się godzić na niski poziom mediów publicznych. Jesteśmy dużym krajem i ambitnym społeczeństwem. Media publiczne najwyższej jakości nam się po prostu należą.

– Dlaczego zatem takich nie mamy?

– Winne są według mnie między innymi wzorce medialne odziedziczone po PRL. Dostaliśmy w spadku po tamtym ustroju fatalne, schematyczne myślenie o roli i kształcie mediów. Postanowiłam to opisać ku pamięci i ku przestrodze zarazem.

 

Skomplikowana prawda o telewizji

– Obraz, który wyłania się ze stron „Oka prezesa”, nie jest jednak czarno-biały.

– To prawda. Przed rokiem 1989 powstawały czasem świetne programy, filmy czy seriale. Ze względu na własną biografię z nostalgią wspominam choćby „Noce i dnie”.

– Rozmawiam nie tylko z badaczką telewizji, ale i z serialową Emilką Niechcic.

– Tak. Przyznaję, że telewizja PRL nie była jednoznacznie zła. Ale nie była też jednoznacznie dobra. Była taka, jak jej czasy. Dzisiaj powinniśmy sobie życzyć, aby ta obecna była lepsza od czasów, w których żyjemy. Aby służyła odbiorcom, a nie tylko władzy, partiom politycznym i zarabiającym w niej ludziom. Niestety wciąż na nowo powielamy wzorzec telewizji partyjnej czy też rządowej.

– We wstępie do książki przypomina Pani hiszpański film „El televisor” mówiący o uzależnieniu od małego ekranu. Od lat siedemdziesiątych zachodni intelektualiści, z Pierre’em Bourdieu na czele, przestrzegają przed negatywnym wpływem telewizji. Komuniści natomiast chcieli za wszelką cenę usadowić obywateli przed szklanym ekranem. Dlaczego?

– Chodziło o pełną kontrolę nad socjalistycznym obywatelem. Historycy różnie opisują PRL. Jedni utrzymują, że był to system totalitarny, drudzy, wzbraniając się przed tak daleko idącymi wnioskami, nazywają go systemem autorytarnym. Jeszcze inni twierdzą, że mieliśmy do czynienia z systemem totalitarnym, który ewoluował w stronę autorytarnego. Co do jednego są zgodni: od samego początku komuniści starali się kontrolować wszelkie dziedziny życia publicznego i prywatnego. Ten element był absolutnie kluczowy dla systemu. Cenzura, Służba Bezpieczeństwa – wszystko to służyło kontroli. A dzięki telewizji można było wpływać na codzienne zachowania i poglądy. Stąd konieczność posadzenia ludzi przed telewizorami. Jednak by wtłaczać im do głów propagandę, nie wystarczał kij, należało zapewnić także marchewkę. I uczciwie powiedzmy, że ta marchewka bywała zupełnie smaczna.

– Ówczesna rozrywka, jak na tamte czasy, stała na całkiem wysokim poziomie intelektualnym i artystycznym. To wówczas powstały Kabaret Starszych Panów, Teatr Telewizji, wybitne często seriale. I było to masowo oglądane.

– „Niewinne” z pozoru produkcje również miały zaszytą propagandową truciznę. Weźmy na przykład takie seriale jak „Czterej pancerni i pies” albo „Stawka większa niż życie”. Z punktu widzenia historycznego były to opowieści całkowicie zakłamane. A jednak wymknęły się spod ideologicznej kontroli. Ich propagandowa funkcja zeszła na dalszy plan, a na czoło wysunęły się walory rozrywkowe. Dziś postrzegamy je jako zjawiska popkulturowe. Nawet teraz mają swoich wiernych wielbicieli.

 

Prezesowski pasjans

– Wybrała Pani bardzo ciekawy sposób opowiadania o telewizji. Niczym Waldemar Łysiak ułożyła Pani taki telewizyjny pasjans, gdzie zamiast marszałków Napoleona wychodzą z talii kolejni prezesi Radiokomitetu, zaczynając od Włodzimierza Sokorskiego, na Andrzeju Drawiczu kończąc. Nie jest Pani dla nich zbyt łaskawa. O Sokorskim czytamy: „Człowiek o giętkim kręgosłupie, dobry na każdą epokę”. Co ich łączyło?

– To były różne osobowości, ale kilku panów z tego dziesięcioosobowego grona łączył z pewnością cynizm. Cynikami byli Włodzimierz Sokorski, Maciej Szczepański, Mirosław Wojciechowski, Jerzy Urban. Ci, którzy przetrwali dłużej na swoich stołkach, odznaczali się bez wątpienia silnymi charakterami. Nie było łatwo trzymać w ryzach takiego molocha jak telewizja. Presja była ogromna. Z jednej strony Komitet Centralny PZPR, z drugiej luminarze ówczesnego świata kulturalnego i intelektualnego. Świat artystyczny był zresztą żywo zainteresowany tym, aby pozostawać w dobrych relacjach z szefami telewizji. Niedościgniony w rozdawaniu faworów, nagród i pieniędzy był Szczepański. Ostatnim komunistycznym prezesem Radiokomitetu był Urban. Ten oprócz cynizmu i arogancji miał w sobie coś jeszcze – diaboliczność.

– Czytam w „Oku prezesa” wypowiedź Józefa Tejchmy:

„Na to stanowisko trzeba człowieka zdrowego i głupiego, może być inteligentny cynik, może być głupi cynik, takich jest najwięcej. Może być głupi i chory, wysokie stanowisko mu nie zaszkodzi. Mądry a zdrowy szybko się zniszczy, mądry a chory niezwłocznie wykituje”.

– Stanowisko prezesa Radiokomitetu wymagało giętkiego kręgosłupa. Świetnie odnajdywał się w tym Sokorski, który zawsze stawał po stronie silniejszego. Wiedział, kiedy nadchodzi pora, by zmienić front. Podczas walk frakcyjnych w partii, przyczajony, czekał na rozstrzygnięcia. I kiedy już wiadomo było, kto zdobywa przewagę, okazywał się stronnikiem właśnie tych, którzy byli górą. Miał „dar”, jeśli można tak to nazwać, wyczuwania zmian i dostosowania się do nich. Jestem dziwnie spokojna, że we współczesnym świecie też by sobie doskonale poradził. Zresztą w wolnej Polsce, w wywiadzie rzece „Wyznania zdrajcy”, bez mrugnięcia okiem oświadczył, że przeszedł na drugi brzeg i cieszy się z upadku komunizmu oraz potępia cały swój dotychczasowy etos.

 

Medialny dysonans

– Odnoszę wrażenie, że „Oko prezesa” utkane jest z ambiwalencji. Z jednej strony konstatuje Pani tępą propagandę ówczesnej telewizji, z drugiej – dostrzega kulturę wysoką, porządne spektakle i kabarety. Jakich ustępstw etycznych musieli dokonywać twórcy, aby znaleźć się w telewizji?

– Cóż, musieli być ślepi na jedno oko i głusi na jedno ucho… Było im na pewno łatwiej, gdy nie zauważali, że są częścią systemu propagandy. Ze wspomnień czy dzienników wyłania się powszechne wśród twórców, aktorów, reżyserów, scenarzystów czy pisarzy nastawienie: my przecież nie zajmujemy się informacją, publicystyką, nie przykładamy ręki do niewolenia umysłów. To robią „oni”, a nas to nie dotyczy. My występujemy w innych pasmach. Prawda jest jednak taka, że jedno i drugie było ze sobą ściśle powiązane. Choć naturalnie artyści i autorzy uważali, że mrugają okiem do publiczności, że przynoszą kulturę wyrafinowaną, utkaną z podprogowych znaczeń. I często rzeczywiście tak właśnie było. Oczywiście PRL przechodziła przez różne fazy i postawy też się zmieniały. W latach osiemdziesiątych, po wprowadzeniu stanu wojennego, prawie całe środowisko aktorów i reżyserów powiedziało reżimowi „nie”. Wymagało to dużej odwagi. Bojkot telewizji, przestrzegany solidarnie przez ogromną większość środowiska, był ewenementem na skalę światową. I wielkim problemem dla rządzących.

– W epilogu mowa o czasach współczesnych, o obecnej telewizji publicznej w likwidacji. Pani ocena jest bardzo ostra. Czytam:

„Jerzy Urban ma prawo śmiać się zza grobu. Jego dziedzictwo okazało się, jak na razie, najtrwalsze”.

Czy dla Pani Urban jest odpowiednim łącznikiem między komunistyczną telewizją a tą obecną?

– Zastanówmy się. Czy Urban po przełomie ustrojowym został wykluczony z debaty publicznej? Nie. Czy otoczono go kordonem sanitarnym? Nie. Czy był środowiskowym banitą? Nie. Przeciwnie. Dorobił się ogromnych pieniędzy. Był obecny w mediach do końca swoich dni. Ba! Jego wpływ jest nadal odczuwalny. A jego pogrzeb zgromadził elitę III RP. Cały niemal establishment oddał mu hołd. Dla mnie było to szokujące. I podtrzymuję moją opinię, że telewizja publiczna w likwidacji jest swoistym triumfem Urbana zza grobu.

– Dlaczego?

– Urban uosabiał myślenie o telewizji jako o łupie politycznym. Był też symbolem nie tylko kłamstwa, ale i buty rządzących. Jak mówił Zbigniew Herbert Jackowi Trznadlowi w „Hańbie domowej” w latach osiemdziesiątych:

„Propaganda dzisiaj nie chce nikogo przekonać. Wlewa w nas gwałtem poczucie bezsilności”.

Widzę niestety analogię z obecnymi czasami. Czy bezwstydna propaganda, którą jesteśmy karmieni w różnego rodzaju programach, do czegokolwiek nas przekonuje? Nie. Ale wlewa w nas poczucie bezsilności. Oni wydają się mówić: robimy to, co robimy, bo możemy. Bo nie tylko nikt nie poniesie za to odpowiedzialności, ale wręcz zostanie sowicie wynagrodzony. I to jest właśnie to urbanowe dziedzictwo: manifestacja siły oraz przemoc psychiczna.

***

Monika Luft – była dziennikarka i prezenterka TVP1. Współpracowała z hiszpańską telewizją TVE. Pełniła funkcję rzeczniczki prasowej MSZ. Autorka m.in. „Arabskiej awantury” oraz „Pejzażu z przemytnikiem”.



 

Polecane