"Komunizm uważałem i do dziś uważam, za niewolnictwo": Poznaj niezwykłą historię Andrzeja Bogusławskiego

Niewiele osób wie o aktywności politycznej Andrzeja Bogusławskiego w latach 80. Jest jednym z tysięcy bezimiennych, których mijamy niezauważalnie na ulicy. Przed dwoma laty został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za działalność na rzecz niepodległości Polski, jak również Krzyżem Wolności i Solidarności.
komunizm
komunizm / pxhere CC0 Domena publiczna

Pytany, kiedy rozpoczął swoją działalność antykomunistyczną, mówi: – Komunizm uważałem i do dziś uważam, za niewolnictwo. Na przestrzeni lat, od wczesnej młodości, szukałem różnych sposobów na zwalczanie tej bestii. Szukaliśmy z kolegą broni po lasach. W pewnym momencie miałem w piwnicy dwa pistolety maszynowe. Byłem przekonany, że kiedyś przydadzą się do walki z komunistami. Zapisałem się też do klubu strzeleckiego, uzyskując z czasem znakomite wyniki w strzelaniu. Dziś może się to wydawać infantylne, ale wtedy było to wcale realne. Dużo mówiono o wybuchu wojny pomiędzy Sowietami a Zachodem. 


Andrzej Bogusławski dzieli dziś czas na warszawskie osiedle i mazowiecką wieś, gdzie bardziej jako hobby niż pracę traktuje swoje gospodarstwo ekologiczne. Dziś w wolnych chwilach także muzykuje. Czy to w orkiestrze symfonicznej u dominikanów na warszawskim Służewie, czy do niedawna w gminnej orkiestrze dętej na jednej z mazowieckich wsi.

Urodził się w drugiej połowie lat czterdziestych minionego wieku w podwarszawskim Otwocku. Miał trzech braci i siostrę. Ojciec był budowlańcem. Mama wychowywała dzieci. Trafił do szkoły podstawowej, kiedy jeszcze lekcje religii prowadzili księża. Później, choć chodził z matką do świątyni, to jednak nie uczęszczał na religię w kościele. Dlaczego? Do dziś nie potrafi znaleźć odpowiedzi na tę rodzinną tajemnicę. Może dlatego, że ojciec był ateistą? 

Na katechezę „przyprowadził” Andrzeja Bogusławskiego, już licealistę, nauczyciel wychowawca Liceum im. Karola Świerczewskiego, który bardzo szczycił się tym, że jest niewierzący. 

– Tak się przedstawił i zapytał, czy ktoś jest wierzący? Tylko dwie osoby podniosły ręce. Ja i kolega. W każdym razie zaczął przekonywać nas, choć nic nie mówiliśmy, jakie to popełniamy błędy, wierząc w istnienie Pana Boga. Wszyscy inni milczeli. Zaczął nam też zadawać pytania w rodzaju: skąd nam wiadomo, że Pan Bóg istnieje?  Że jest odwieczny i wszechmocny? A ja, uczeń dziesiątej klasy, nie potrafiłem na nie odpowiedzieć. Było mi wstyd. Chyba jeszcze tego samego dnia poszedłem do mojej jezuickiej parafii na lekcje religii. Słowem, dzięki temu nauczycielowi zacząłem interesować się sprawami wiary. 



    Maturę Andrzej Bogusławski zdawał w 1966 roku. „Marzec 1968” zastał go na Politechnice Warszawskiej. Aktywnie wziął udział w protestach przeciwko antysemickim wystąpieniom komunistów. Wszedł też w skład Komitetu Strajkowego Politechniki. 

– Byłem w służbie porządkowej na uczelni – mówi Andrzej Bogusławski. – Podczas strajku 9 marca funkcjonariusze SB chodzili do każdego, kto znalazł się w jawnych strukturach komitetu strajkowego i grozili, że jeśli nie wycofają swoich nazwisk z komitetu, to zostaną usunięci z Politechniki. Wszyscy się wycofali. Również przewodniczący Komitetu, ale wtedy powołaliśmy tajny komitet strajkowy, w którego skład wszedłem. Po strajku nikt się mnie nie czepiał, bo nikt nie sypnął, że byłem w komitecie. Wprawdzie była w moim domu SB, ale tylko dlatego, że ktoś zadenuncjował, że przez jakiś czas mieszkał u mnie przewodniczący jawnego komitetu strajkowego. Wiem, że udało mu się ukryć na tyle skutecznie, że wyjechał do Anglii. 
Już podczas pierwszego roku studiów na Politechnice Andrzej Bogusławski przystąpił do duszpasterstwa akademickiego prowadzonego przez jezuitów w kościele pw. Świętego Szczepana na Narbutta. Jako ministranci służyli tam emerytowani profesorowie Politechniki. Jedynym studentem był Bogusławski. Po kilku miesiącach przeniósł się na Rakowiecką do duszpasterstwa w sanktuarium Świętego Andrzeja Boboli. Tam już służyło do Mszy Świętej kilkunastu studentów. Wśród nich – co podkreśla Bogusławski – byli tajni współpracownicy SB.
– Zdawałem pierwszy egzamin z matematyki na Politechnice i w pewnym momencie pani doktor, zdaje się Bołtrukiewicz, mówi: „Ach, to pan jest ten Bogusławski, zastanawiałam się, który to? Bo tutaj są na pana donosy, że chodzi pan po duszpasterstwach i szkaluje dobre imię Politechniki. Jest też na to pięciu świadków. Był nawet wniosek o usunięcie pana z uczelni. Ale, proszę się nie martwić, na razie sprawa została umorzona” – wspomina Andrzej Bogusławski. – Później rozmawiałem z profesorem Mejzelem, który powiedział mi, że wiedzą o tych donosach: „My wiemy, o co chodzi, ale my katolików nie prześladujemy, niech się pan uczy i nie prowadzi działalności religijnej na terenie wydziału”. I na tym sprawa się skończyła. Miałem też inne przygody związane z moim zaangażowaniem religijnym. Ku mojemu zdziwieniu, bardzo pozytywne. Otóż podczas studium wojskowego codziennie klękałem do pacierza. Również jeden z kolegów. Obok siedziało dwóch chłopaków, którzy głośno rozmawiali. Pewnego dnia wchodzi przewodniczący ZMS i jak nie krzyknie na nich: „Uciszcie się, nie widzicie, że się modlą!”. I uciszyli się. Ogromnie się zdumiałem, że przewodniczący ZMS tak się zachował. Któregoś roku byliśmy na obowiązkowym obozie wojskowym. Zapytaliśmy z kolegą dowódcę, czy możemy pójść na Mszę Świętą. Zezwolił. Kiedy skończyła się, pomyślałem sobie, że będziemy musieli gonić oddział, bo przecież przez ten czas zapewne odeszli daleko. Jakie było moje zdumienie, kiedy okazało się, że czekali na skraju drogi. Bez słowa skargi. 

W czasie studiów Andrzej Bogusławski rozpoczął też działalność w Ruchu Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata „Maitri” Matki Teresy z Kalkuty. Posługiwał również w grupie charytatywnej „Gałganiarzy” przy kościele Świętej Anny. Podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski był w kościelnej służbie ochrony papieża. W końcu lat siedemdziesiątych nawiązał kontakty z działaczami podziemia. Wśród nich z Henrykiem Wujcem. W tym czasie został też kolporterem prasy podziemnej. 


Rok 1980 i powstanie Solidarności było dla Andrzeja Bogusławskiego sporym zaskoczeniem. Wprawdzie po pielgrzymce Jana Pawła II w kraju spodziewał się jakiejś „społecznej przemiany”, ale pracując w wielu zakładach, bo zwalniano go z pracy bez żadnego uzasadnienia, nie widział wśród pracowników entuzjazmu do jakichkolwiek rewolucyjnych zachowań. Jak choćby tych biorących udział w strajku w 1976 roku. W 1980 roku pracował w Ośrodku Informatyzacji Kolejnictwa. Po ukonstytuowaniu się Solidarności został współzałożycielem Komisji Zakładowej Solidarności w Ośrodku. Wszedł także w skład Międzyzakładowej Komisji Solidarności dla dzielnicy Ochota. Założył również w Ośrodku samorząd pracowniczy i został jego przewodniczącym. 

– Założyłem samorząd, bo chciałem, by pracownicy mieli wpływ na to, co się dzieje w zakładzie, i tak rzeczywiście było przez szesnaście miesięcy działania legalnej Solidarności – wspomina Andrzej Bogusławski.

– Współpracowałem też z Henrykiem Wujcem, co bardzo mi się przydało w stanie wojennym. Podobnie jak współpraca z działaczami Międzyzakładowej Komisji Solidarności. To mi bardzo pomogło w nawiązaniu wielu kontaktów. Z czasem, w 1980 roku, wszedłem w skład Komisji Pomocy Społecznej Regionu Mazowsze i pomoc ludziom stała się dla mnie niezwykłym wyzwaniem. Zobaczyłem też wtedy, jak wielka jest w Polsce bieda, mimo tak deklarowanej przez komunistów równości. Ważny był dla mnie w tamtych miesiącach strajk głodowy prowadzony przez kolejarzy Parowozowni we Wrocławiu, w którym wziąłem udział. Sytuacja była niezwykle niebezpieczna, bo teren był obstawiony przez ZOMO i w każdej chwili mogli wejść i nas spałować. Ale dzięki tej głodówce zrozumiałem, czym jest solidarność kolejarskiej braci. To było jedno z największych moich przeżyć 1981 roku. Poza tym te szesnaście miesięcy zdecydowanie uformowało mnie jako antykomunistę i dowartościowało jako obywatela. Solidarność poszerzyła moją wiedzę na temat historii Polski. Ponadto pokazała, że dzięki ludzkiej jedności można stworzyć silną wspólnotę, która bez zbrojnego oręża może przewrócić komunizm. Obalić tę rosyjską okupację. 



Stan wojenny nie był dla Bogusławskiego ani zaskoczeniem, ani szokiem. Choć nie internowano go, to został już 16 grudnia wyrzucony z pracy, ponieważ odmówił dyrekcji udostępnienia korespondencji z Komisją Krajową NSZZ „S” w Gdańsku. I tym samym, jak stwierdził dyrektor, „pracownik nie dawał rękojmi bezpieczeństwa”. Bogusławski wystąpił więc do sądu o przywrócenie do zajęć. W efekcie uzgodniono zwolnienie „za porozumieniem stron”. 

Po krótkim rozeznaniu niemal od początku stanu wojennego Andrzej Bogusławski zajął się kolportażem prasy podziemnej. Między innymi „Tygodnika Wojennego”, „Tygodnika Mazowsze”, „Z Dnia na Dzień”. Dzięki kontaktom nawiązanym podczas strajku głodowego kolejarzy i bratu, który pracował we wrocławskim „Polarze”, mniej więcej co dwa tygodnie kursował pomiędzy Warszawą a Wrocławiem z podziemnymi wydawnictwami, kolportując głównie prasę. Przez lata stanu wojennego poznał kilkadziesiąt osób i jak mówi, przerzucił przez ten czas kilkaset ton podziemnej prasy. Od połowy lat siedemdziesiątych prowadził też wydawnictwo Sekcji Ekumenicznej przy duszpasterstwie akademickim prowadzonym przez ks. Józefa Majkowskiego oraz niezależną gazetę ekumeniczną o nazwie „Charis” we współpracy z ks. bp. Władysławem Miziołkiem. 

– Nie miałem przeświadczenia, że Polska odzyska niepodległość. Nie miałem na to dowodu ani przekonania. Wiedziałem jednak, że trzeba walczyć, że trzeba bronić niepodległości – podkreśla Andrzej Bogusławski. – Uważałem, że jednym z możliwych sposobów, choć nie jedynym, będzie wydawanie prasy katolickiej. Także kolportaż prasy niezależnej, solidarnościowej, by mogła budować świadomość narodową, obywatelską. 
W końcu marca 1985 roku na ponad pół roku jego przygoda z kolportowaniem prasy podziemnej została przerwana. Jak podkreśla, zupełnie przypadkowo. Choć nie wyklucza, że był to efekt zmęczenia ciągłym stresem związanym z działalnością konspiracyjną.

– Zawsze, kiedy jechałem na miasto, miałem przy sobie dowód osobisty. Tym razem go nie wziąłem – opowiada Andrzej Bogusławski. – Gdy wracałem w nocy, coś mnie tknęło. Miałem poczucie, że wydarzy się coś nieuchronnego. Przyjechałem ostatnim autobusem na Stegny. Wysiadłem na pętli i trochę zmęczony usiadłem na ławce. Nawet nie wiem, dlaczego, bo przecież nie było tłoku w autobusie. Kilka minut później stwierdziłem, że trzeba wstawać. Wstałem i w tym momencie w moim kierunku zbliżał się patrol milicji obywatelskiej. Sądzili, że chcę uciec. Wiedząc, co mam w torbie, faktycznie zacząłem uciekać. Ale oni byli szybsi ode mnie. A poza tym miałem dużo bibuły, więc byłem nieźle obciążony. Dorwali mnie po krótkim pościgu i po sprawdzeniu moich toreb zawieźli na komendę. Zrobiono też rewizję w domu. Znaleziono sporo bezdebitowej literatury. Książki i czasopisma niepodległościowe, solidarnościowe. Następnego dnia dostałem areszt. Jak napisano w dokumentach, oskarżony zostałem o zlecanie do druku wydawnictw kościelnych bez zezwolenia, a także „o przechowywanie i przenoszenie z zamiarem rozpowszechnienia, bez wymaganego zezwolenia, nielegalnych wydawnictw w celu wywołania niepokoju publicznego”. 

W czasie procesu biskup Władysław Miziołek zaświadczył, że czasopismo „Charis” było wydawane za wiedzą i zgodą Kościoła, co nie miało wpływu na orzeczenie sądu. 

Andrzej Bogusławski przesiedział czas aresztowania w więzieniu na Rakowieckiej. Wielokrotnie przesłuchiwany nie załamał się. Namawiany do współpracy z SB nie przyjął oferty. Otrzymał rok więzienia „w zawieszeniu”. Po procesie wyszedł na wolność na mocy amnestii. W tym czasie pozbawiono go pracy. Przez pół roku nie mógł jej znaleźć, bo komisje zakładowe POP PZPR nie wydawały mu rekomendacji. Jednocześnie po sześciu miesiącach prokuratura wszczęła przeciwko niemu postepowanie o… celowe unikanie pracy. Na krótko został aresztowany w następnym roku. Mimo to nadal zajmował się działalnością konspiracyjną. 



    Po 1989 roku Andrzej Bogusławski przez jedną kadencję był radnym z ramienia Komitetu Obywatelskiego NSZZ „Solidarność” gminy Mokotów. Założył też Komitet Obywatelski Solidarność Służew. Następnie własną firmę. Działał w Stowarzyszenia Chrześcijańskich Przedsiębiorców. Został także współzałożycielem Stowarzyszenia Przedsiębiorców Warszawy i Mazowsza. Dziś jest na emeryturze i prowadzi gospodarstwo ekologiczne.  
 


 

POLECANE
Potworna „rutyna” Epsteina: „Gwałcił nieletnie dziewczęta kilka razy dziennie” z ostatniej chwili
Potworna „rutyna” Epsteina: „Gwałcił nieletnie dziewczęta kilka razy dziennie”

Jeffrey Epstein „gwałcił i atakował dziewczyny kilka razy dziennie” w ramach obrzydliwej „rutyny” – wynika z ujawnionych i niedawno opublikowanych dokumentach, które przeanalizował brytyjski Daily Mail.

Legislacyjna biegunka w UE. W 2025 r. KE wyprodukowała więcej przepisów niż w ciągu 15 lat z ostatniej chwili
Legislacyjna biegunka w UE. W 2025 r. KE wyprodukowała więcej przepisów niż w ciągu 15 lat

Jak poinformował niemiecki Welt am Sonntag, za rządów Ursuli von der Leyen w 2025 r. uchwalono jeszcze więcej nowych aktów prawnych niż w ciągu wcześniejszych piętnastu lat.

MEN wycofuje się z planów. Wagarowicze bez ostrzejszych kar z ostatniej chwili
MEN wycofuje się z planów. Wagarowicze bez ostrzejszych kar

Resort edukacji zrezygnował na razie z prac nad zaostrzeniem przepisów dotyczących frekwencji w szkołach – poinformował PAP dyrektor Departamentu Komunikacji w MEN Kacper Lawera. Propozycje zmian wykreślono z nowej wersji projektu ustawy o prawach i obowiązkach ucznia.

Potężny problem Donalda Tuska. Zdaniem wielu Polaków to może doprowadzić do upadku koalicji z ostatniej chwili
Potężny problem Donalda Tuska. Zdaniem wielu Polaków to może doprowadzić do upadku koalicji

Najnowszy sondaż SW Research przeprowadzony na zlecenie Onetu pokazuje, że wg wielu Polaków rząd Donalda Tuska może upaść z powodu narastającego kryzysu w Polsce 2050.

Komunikat Straży Granicznej. Pilne doniesienia z granicy z ostatniej chwili
Komunikat Straży Granicznej. Pilne doniesienia z granicy

W nocy z 30 na 31 stycznia po raz kolejny odnotowano wloty obiektów do polskiej przestrzeni powietrznej z kierunku Białorusi. Jak poinformowało Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych, wszystko wskazuje na to, że były to balony przemieszczające się zgodnie z aktualnymi warunkami meteorologicznymi. Straż Graniczna doprecyzowała, że chodzi najprawdopodobniej o balony przemytnicze.

Ważny komunikat dla mieszkańców Krakowa z ostatniej chwili
Ważny komunikat dla mieszkańców Krakowa

Kierowcy w Krakowie muszą uważać na nowe zasady parkowania. Od 31 stycznia zaczęły obowiązywać zmienione godziny funkcjonowania Obszaru Płatnego Parkowania. Miasto chce w ten sposób poprawić dostępność miejsc postojowych i ograniczyć problem długotrwałego blokowania parkingów – szczególnie w centrum.

Częściowy paraliż rządu w USA. Kongres nie zdążył z budżetem z ostatniej chwili
Częściowy paraliż rządu w USA. Kongres nie zdążył z budżetem

Amerykański Senat przyjął w piątek projekt budżetu dla licznych agencji federalnych. Pakiet musi być jeszcze przegłosowany przez Izbę Reprezentantów. Termin przyjęcia projektu upływa o północy, a Izba zbierze się dopiero w poniedziałek, dlatego w kraju od soboty zacznie się częściowy shutdown.

ONZ grozi bankructwo z ostatniej chwili
ONZ grozi bankructwo

Cytowany przez BBC szef organu ostrzegł, że Organizacji Narodów Zjednoczonych grozi „bezpośrednie załamanie finansowe" z powodu niepłacenia przez państwa członkowskie składek.

Premier Belgii wezwał przywódców UE do “rozprawienia się” z Komisją Europejską z ostatniej chwili
Premier Belgii wezwał przywódców UE do “rozprawienia się” z Komisją Europejską

Jak poinformował portal brusselsreport.eu. przemawiając na noworocznym wydarzeniu „Przyszłość Europy” belgijskiego dziennika De Tijd, premier Belgii Bart De Wever oświadczył, że europejscy przywódcy muszą podjąć „represje” wobec Komisji Europejskiej.

Tragedia w Hamburgu. Imigrant z Sudanu wciągnął pod pociąg metra przypadkową dziewczynę z ostatniej chwili
Tragedia w Hamburgu. Imigrant z Sudanu wciągnął pod pociąg metra przypadkową dziewczynę

W czwartek wieczorem na stacji metra Wandsbek Markt w Hamburgu imigrant z Sudanu wciągnął pod nadjeżdżający pociąg przypadkową dziewczynę. Zginęli oboje. Wydział zabójstw (LKA 41) przejął śledztwo w sprawie podejrzenia zabójstwa.

REKLAMA

"Komunizm uważałem i do dziś uważam, za niewolnictwo": Poznaj niezwykłą historię Andrzeja Bogusławskiego

Niewiele osób wie o aktywności politycznej Andrzeja Bogusławskiego w latach 80. Jest jednym z tysięcy bezimiennych, których mijamy niezauważalnie na ulicy. Przed dwoma laty został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za działalność na rzecz niepodległości Polski, jak również Krzyżem Wolności i Solidarności.
komunizm
komunizm / pxhere CC0 Domena publiczna

Pytany, kiedy rozpoczął swoją działalność antykomunistyczną, mówi: – Komunizm uważałem i do dziś uważam, za niewolnictwo. Na przestrzeni lat, od wczesnej młodości, szukałem różnych sposobów na zwalczanie tej bestii. Szukaliśmy z kolegą broni po lasach. W pewnym momencie miałem w piwnicy dwa pistolety maszynowe. Byłem przekonany, że kiedyś przydadzą się do walki z komunistami. Zapisałem się też do klubu strzeleckiego, uzyskując z czasem znakomite wyniki w strzelaniu. Dziś może się to wydawać infantylne, ale wtedy było to wcale realne. Dużo mówiono o wybuchu wojny pomiędzy Sowietami a Zachodem. 


Andrzej Bogusławski dzieli dziś czas na warszawskie osiedle i mazowiecką wieś, gdzie bardziej jako hobby niż pracę traktuje swoje gospodarstwo ekologiczne. Dziś w wolnych chwilach także muzykuje. Czy to w orkiestrze symfonicznej u dominikanów na warszawskim Służewie, czy do niedawna w gminnej orkiestrze dętej na jednej z mazowieckich wsi.

Urodził się w drugiej połowie lat czterdziestych minionego wieku w podwarszawskim Otwocku. Miał trzech braci i siostrę. Ojciec był budowlańcem. Mama wychowywała dzieci. Trafił do szkoły podstawowej, kiedy jeszcze lekcje religii prowadzili księża. Później, choć chodził z matką do świątyni, to jednak nie uczęszczał na religię w kościele. Dlaczego? Do dziś nie potrafi znaleźć odpowiedzi na tę rodzinną tajemnicę. Może dlatego, że ojciec był ateistą? 

Na katechezę „przyprowadził” Andrzeja Bogusławskiego, już licealistę, nauczyciel wychowawca Liceum im. Karola Świerczewskiego, który bardzo szczycił się tym, że jest niewierzący. 

– Tak się przedstawił i zapytał, czy ktoś jest wierzący? Tylko dwie osoby podniosły ręce. Ja i kolega. W każdym razie zaczął przekonywać nas, choć nic nie mówiliśmy, jakie to popełniamy błędy, wierząc w istnienie Pana Boga. Wszyscy inni milczeli. Zaczął nam też zadawać pytania w rodzaju: skąd nam wiadomo, że Pan Bóg istnieje?  Że jest odwieczny i wszechmocny? A ja, uczeń dziesiątej klasy, nie potrafiłem na nie odpowiedzieć. Było mi wstyd. Chyba jeszcze tego samego dnia poszedłem do mojej jezuickiej parafii na lekcje religii. Słowem, dzięki temu nauczycielowi zacząłem interesować się sprawami wiary. 



    Maturę Andrzej Bogusławski zdawał w 1966 roku. „Marzec 1968” zastał go na Politechnice Warszawskiej. Aktywnie wziął udział w protestach przeciwko antysemickim wystąpieniom komunistów. Wszedł też w skład Komitetu Strajkowego Politechniki. 

– Byłem w służbie porządkowej na uczelni – mówi Andrzej Bogusławski. – Podczas strajku 9 marca funkcjonariusze SB chodzili do każdego, kto znalazł się w jawnych strukturach komitetu strajkowego i grozili, że jeśli nie wycofają swoich nazwisk z komitetu, to zostaną usunięci z Politechniki. Wszyscy się wycofali. Również przewodniczący Komitetu, ale wtedy powołaliśmy tajny komitet strajkowy, w którego skład wszedłem. Po strajku nikt się mnie nie czepiał, bo nikt nie sypnął, że byłem w komitecie. Wprawdzie była w moim domu SB, ale tylko dlatego, że ktoś zadenuncjował, że przez jakiś czas mieszkał u mnie przewodniczący jawnego komitetu strajkowego. Wiem, że udało mu się ukryć na tyle skutecznie, że wyjechał do Anglii. 
Już podczas pierwszego roku studiów na Politechnice Andrzej Bogusławski przystąpił do duszpasterstwa akademickiego prowadzonego przez jezuitów w kościele pw. Świętego Szczepana na Narbutta. Jako ministranci służyli tam emerytowani profesorowie Politechniki. Jedynym studentem był Bogusławski. Po kilku miesiącach przeniósł się na Rakowiecką do duszpasterstwa w sanktuarium Świętego Andrzeja Boboli. Tam już służyło do Mszy Świętej kilkunastu studentów. Wśród nich – co podkreśla Bogusławski – byli tajni współpracownicy SB.
– Zdawałem pierwszy egzamin z matematyki na Politechnice i w pewnym momencie pani doktor, zdaje się Bołtrukiewicz, mówi: „Ach, to pan jest ten Bogusławski, zastanawiałam się, który to? Bo tutaj są na pana donosy, że chodzi pan po duszpasterstwach i szkaluje dobre imię Politechniki. Jest też na to pięciu świadków. Był nawet wniosek o usunięcie pana z uczelni. Ale, proszę się nie martwić, na razie sprawa została umorzona” – wspomina Andrzej Bogusławski. – Później rozmawiałem z profesorem Mejzelem, który powiedział mi, że wiedzą o tych donosach: „My wiemy, o co chodzi, ale my katolików nie prześladujemy, niech się pan uczy i nie prowadzi działalności religijnej na terenie wydziału”. I na tym sprawa się skończyła. Miałem też inne przygody związane z moim zaangażowaniem religijnym. Ku mojemu zdziwieniu, bardzo pozytywne. Otóż podczas studium wojskowego codziennie klękałem do pacierza. Również jeden z kolegów. Obok siedziało dwóch chłopaków, którzy głośno rozmawiali. Pewnego dnia wchodzi przewodniczący ZMS i jak nie krzyknie na nich: „Uciszcie się, nie widzicie, że się modlą!”. I uciszyli się. Ogromnie się zdumiałem, że przewodniczący ZMS tak się zachował. Któregoś roku byliśmy na obowiązkowym obozie wojskowym. Zapytaliśmy z kolegą dowódcę, czy możemy pójść na Mszę Świętą. Zezwolił. Kiedy skończyła się, pomyślałem sobie, że będziemy musieli gonić oddział, bo przecież przez ten czas zapewne odeszli daleko. Jakie było moje zdumienie, kiedy okazało się, że czekali na skraju drogi. Bez słowa skargi. 

W czasie studiów Andrzej Bogusławski rozpoczął też działalność w Ruchu Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata „Maitri” Matki Teresy z Kalkuty. Posługiwał również w grupie charytatywnej „Gałganiarzy” przy kościele Świętej Anny. Podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski był w kościelnej służbie ochrony papieża. W końcu lat siedemdziesiątych nawiązał kontakty z działaczami podziemia. Wśród nich z Henrykiem Wujcem. W tym czasie został też kolporterem prasy podziemnej. 


Rok 1980 i powstanie Solidarności było dla Andrzeja Bogusławskiego sporym zaskoczeniem. Wprawdzie po pielgrzymce Jana Pawła II w kraju spodziewał się jakiejś „społecznej przemiany”, ale pracując w wielu zakładach, bo zwalniano go z pracy bez żadnego uzasadnienia, nie widział wśród pracowników entuzjazmu do jakichkolwiek rewolucyjnych zachowań. Jak choćby tych biorących udział w strajku w 1976 roku. W 1980 roku pracował w Ośrodku Informatyzacji Kolejnictwa. Po ukonstytuowaniu się Solidarności został współzałożycielem Komisji Zakładowej Solidarności w Ośrodku. Wszedł także w skład Międzyzakładowej Komisji Solidarności dla dzielnicy Ochota. Założył również w Ośrodku samorząd pracowniczy i został jego przewodniczącym. 

– Założyłem samorząd, bo chciałem, by pracownicy mieli wpływ na to, co się dzieje w zakładzie, i tak rzeczywiście było przez szesnaście miesięcy działania legalnej Solidarności – wspomina Andrzej Bogusławski.

– Współpracowałem też z Henrykiem Wujcem, co bardzo mi się przydało w stanie wojennym. Podobnie jak współpraca z działaczami Międzyzakładowej Komisji Solidarności. To mi bardzo pomogło w nawiązaniu wielu kontaktów. Z czasem, w 1980 roku, wszedłem w skład Komisji Pomocy Społecznej Regionu Mazowsze i pomoc ludziom stała się dla mnie niezwykłym wyzwaniem. Zobaczyłem też wtedy, jak wielka jest w Polsce bieda, mimo tak deklarowanej przez komunistów równości. Ważny był dla mnie w tamtych miesiącach strajk głodowy prowadzony przez kolejarzy Parowozowni we Wrocławiu, w którym wziąłem udział. Sytuacja była niezwykle niebezpieczna, bo teren był obstawiony przez ZOMO i w każdej chwili mogli wejść i nas spałować. Ale dzięki tej głodówce zrozumiałem, czym jest solidarność kolejarskiej braci. To było jedno z największych moich przeżyć 1981 roku. Poza tym te szesnaście miesięcy zdecydowanie uformowało mnie jako antykomunistę i dowartościowało jako obywatela. Solidarność poszerzyła moją wiedzę na temat historii Polski. Ponadto pokazała, że dzięki ludzkiej jedności można stworzyć silną wspólnotę, która bez zbrojnego oręża może przewrócić komunizm. Obalić tę rosyjską okupację. 



Stan wojenny nie był dla Bogusławskiego ani zaskoczeniem, ani szokiem. Choć nie internowano go, to został już 16 grudnia wyrzucony z pracy, ponieważ odmówił dyrekcji udostępnienia korespondencji z Komisją Krajową NSZZ „S” w Gdańsku. I tym samym, jak stwierdził dyrektor, „pracownik nie dawał rękojmi bezpieczeństwa”. Bogusławski wystąpił więc do sądu o przywrócenie do zajęć. W efekcie uzgodniono zwolnienie „za porozumieniem stron”. 

Po krótkim rozeznaniu niemal od początku stanu wojennego Andrzej Bogusławski zajął się kolportażem prasy podziemnej. Między innymi „Tygodnika Wojennego”, „Tygodnika Mazowsze”, „Z Dnia na Dzień”. Dzięki kontaktom nawiązanym podczas strajku głodowego kolejarzy i bratu, który pracował we wrocławskim „Polarze”, mniej więcej co dwa tygodnie kursował pomiędzy Warszawą a Wrocławiem z podziemnymi wydawnictwami, kolportując głównie prasę. Przez lata stanu wojennego poznał kilkadziesiąt osób i jak mówi, przerzucił przez ten czas kilkaset ton podziemnej prasy. Od połowy lat siedemdziesiątych prowadził też wydawnictwo Sekcji Ekumenicznej przy duszpasterstwie akademickim prowadzonym przez ks. Józefa Majkowskiego oraz niezależną gazetę ekumeniczną o nazwie „Charis” we współpracy z ks. bp. Władysławem Miziołkiem. 

– Nie miałem przeświadczenia, że Polska odzyska niepodległość. Nie miałem na to dowodu ani przekonania. Wiedziałem jednak, że trzeba walczyć, że trzeba bronić niepodległości – podkreśla Andrzej Bogusławski. – Uważałem, że jednym z możliwych sposobów, choć nie jedynym, będzie wydawanie prasy katolickiej. Także kolportaż prasy niezależnej, solidarnościowej, by mogła budować świadomość narodową, obywatelską. 
W końcu marca 1985 roku na ponad pół roku jego przygoda z kolportowaniem prasy podziemnej została przerwana. Jak podkreśla, zupełnie przypadkowo. Choć nie wyklucza, że był to efekt zmęczenia ciągłym stresem związanym z działalnością konspiracyjną.

– Zawsze, kiedy jechałem na miasto, miałem przy sobie dowód osobisty. Tym razem go nie wziąłem – opowiada Andrzej Bogusławski. – Gdy wracałem w nocy, coś mnie tknęło. Miałem poczucie, że wydarzy się coś nieuchronnego. Przyjechałem ostatnim autobusem na Stegny. Wysiadłem na pętli i trochę zmęczony usiadłem na ławce. Nawet nie wiem, dlaczego, bo przecież nie było tłoku w autobusie. Kilka minut później stwierdziłem, że trzeba wstawać. Wstałem i w tym momencie w moim kierunku zbliżał się patrol milicji obywatelskiej. Sądzili, że chcę uciec. Wiedząc, co mam w torbie, faktycznie zacząłem uciekać. Ale oni byli szybsi ode mnie. A poza tym miałem dużo bibuły, więc byłem nieźle obciążony. Dorwali mnie po krótkim pościgu i po sprawdzeniu moich toreb zawieźli na komendę. Zrobiono też rewizję w domu. Znaleziono sporo bezdebitowej literatury. Książki i czasopisma niepodległościowe, solidarnościowe. Następnego dnia dostałem areszt. Jak napisano w dokumentach, oskarżony zostałem o zlecanie do druku wydawnictw kościelnych bez zezwolenia, a także „o przechowywanie i przenoszenie z zamiarem rozpowszechnienia, bez wymaganego zezwolenia, nielegalnych wydawnictw w celu wywołania niepokoju publicznego”. 

W czasie procesu biskup Władysław Miziołek zaświadczył, że czasopismo „Charis” było wydawane za wiedzą i zgodą Kościoła, co nie miało wpływu na orzeczenie sądu. 

Andrzej Bogusławski przesiedział czas aresztowania w więzieniu na Rakowieckiej. Wielokrotnie przesłuchiwany nie załamał się. Namawiany do współpracy z SB nie przyjął oferty. Otrzymał rok więzienia „w zawieszeniu”. Po procesie wyszedł na wolność na mocy amnestii. W tym czasie pozbawiono go pracy. Przez pół roku nie mógł jej znaleźć, bo komisje zakładowe POP PZPR nie wydawały mu rekomendacji. Jednocześnie po sześciu miesiącach prokuratura wszczęła przeciwko niemu postepowanie o… celowe unikanie pracy. Na krótko został aresztowany w następnym roku. Mimo to nadal zajmował się działalnością konspiracyjną. 



    Po 1989 roku Andrzej Bogusławski przez jedną kadencję był radnym z ramienia Komitetu Obywatelskiego NSZZ „Solidarność” gminy Mokotów. Założył też Komitet Obywatelski Solidarność Służew. Następnie własną firmę. Działał w Stowarzyszenia Chrześcijańskich Przedsiębiorców. Został także współzałożycielem Stowarzyszenia Przedsiębiorców Warszawy i Mazowsza. Dziś jest na emeryturze i prowadzi gospodarstwo ekologiczne.  
 



 

Polecane